Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 maja 2018

Idealna w swojej boskości!

"Po raz kolejny runęła wizja świata, jaką znałam z romantycznych filmów. 
Znów poczułam rozczarowanie. 
Życie nie jest tak piękne jak w filmowych powieściach. 
Zastanawiałam się tylko, jaka jest prawda. 
Po co karmi się nas takimi idealnymi obrazkami? 
Czy istnieją idealni ludzie?"




Ile razy to mi runęła wizja świata idealnego?

Ile razy to mi runęła wizja związków idealnych usłanych różyczkami?

Ile razy miałam ochotę wyrwać wszystkie flaki tym, którzy nam takich bzdur na temat świata naopowiadali?

Dla kogo jest "Bosko nieidealna"?

Dla wszystkich tych, którzy nie szukają lukru, ale prawdy.

Którzy wolą prawdziwych ludzi z krwi i kości, którzy nie boją się opisywać to, co ich w życiu spotkało bez obwiniania innych i użalania się nad sobą.

Książka jest dla tych, którzy podobnie jak Jowita wiedzą, że świat idealny nie istnieje!

Ludzie idealni nie istnieją!

Ciała idealne nie istnieją!

Jedyne, co istnieje, to stek bzdurnych schematów, które nam wpakowano do głów, a na podstawie których usiłujemy pleść swoje życie i jakoś nam ono nie wychodzi tak, jak obiecywano. I jakoś nie daje satysfakcji, tak jak powinno.

A wiecie dlaczego?

Dlatego, że nikt nas nigdy nie spytał, czy schematy, które nam wtłacza, będą naszymi schematami.

Schematami na związek, na seks, na relacje, na życie, na pracę, na macierzyństwo, na relacje z ludźmi, zwierzętami, chomikami i innymi.

Czy ten schemat, który mają ludzie na temat związków, odpowiada Ci?

Kto wpadł na pomysł, że to w ogóle ma być w jakimś schemacie???

Kto u licha tym steruje, bo ja mu chętnie w dupę nakopię? 

Schemat jest dla mnie jak kiepska, niekorzystna umowa...

Biorę ją do ręki, czytam, oglądam z każdej strony, a potem drę na malutkie kawałki.

Tyle i aż tyle!



Bo czym innym jest ideał, jak nie schematem... czyim schematem?

No chyba nie moim!

środa, 17 sierpnia 2016

... jest kilka wygodniejszych miejsc, niż wc!

Kolejna książka opuszcza mój plecak, by zagościć ponownie w hotelowej bibliotece.

Tym razem zmierzyć się musiałam z ponad czterystoma stronami pełnymi angielskiego bełkotu (tzw. język potoczny... chyba dopiero po setnej złapałam klimat!) i różnych smaczków dotyczących pracy na lotnisku.

Cóż, i straszno i śmieszno momentami, bo człowiek czasem nie chciałby wiedzieć, co naprawdę ludzie wyprawiają w pracy, i w jakim stanie do niej przychodzą... zwłaszcza piloci!

Alko i narko przewijało się właściwie przez całą książkę!

Seks pojawiał się głównie przy opisie lotu... przynajmniej dowiedziałam się, że jest kilka wygodniejszych miejsc, niż wc!

No i najważniejsze, już wiem, co się robi z trupem na pokładzie!

Tej książki po prostu nie można nie przeczytać.

I tylko zastanawia mnie, ile syfu musi być w hotelowym świecie, bo o tym również Autorka stworzyła dzieło... chyba nawet popularniejsze, niż to, które wpadło mi w ręce.

Jedna rada dla nas wszystkich!

Bądźmy mili przy odprawie, bo nikt z nas potem nie chce dostać obiadu z...

Imogenedwardsjones.com 

niedziela, 7 sierpnia 2016

Facet, ja Ci przez pół książki kibicowałam, żebyś Ty ją wreszcie zostawił!

"And we could sit here guiltlessly and do what professionals are so good at doing: playing God." [I mogliśmy sobie usiąść bez kszty poczucia winy i zrobić, to co profesjonaliści robią najlepiej: pobawić się w Boga.]

I chyba powyższe zdanie najlepiej pokazuje, dlaczego ta książka przypadła mi do gustu!

Tzw. specjalistów, mistrzów diagnozy i innych psychologicznych dyrdymał szczerze nie znoszę, bo sama byłam kiedyś jednym z nich.

Na szczęście TSR ( terapia skoncentrowana na rozwiązaniach) oduczyła mnie nie jednego!

Jeśli uważasz, że nie ma nic lepszego od teorii, modeli i schematów, to może trzeba było zostać...  architektem, a nie brać się za rzeźbienie ludzi!

Torey nie rzeźbi. 

Ona obserwuje, czeka i próbuje zrozumieć... i czy to naprawdę jest takie trudne i nie mogliby tego uczyć psychologów i pedagogów???

A nieee, przecież to poczucie omnipotencji, ta zabawa w Boga są takie pociągające...

....


Ale jest jeden wątek, o którym w książce niewiele, a który nie umknie mojemu czujnemu oku.

Partner Torey nie wytrzymuje i odchodzi od niej.

"A to drań" pomyślała większość psycho-lożek.

Drań?

A ja myślę, że to bardzo mądry facet, bo jakby mi mój partner wyleciał z propozycją robienia wieczorem lodów (takich do jedzenia moi mili!), bo on musi sprawdzić to, zanim to samo zrobi w szkole ze swoimi dziećmi, to bym się wściekła.

O akcji w stylu: miałam kiepski dzień, więc po co mam wracać o normalnej porze do domu, pojeżdżę sobie autem po mieście... no i przyjeżdża ta cudowna wybawicielka dzieci, a on czeka na nią wściekły, bo od dwóch godzin mieli być na kolacji ze znajomymi i coś tam ważnego świętować!

Facet, ja Ci przez pół książki kibicowałam, żebyś Ty ją wreszcie zostawił! 

Brawo!

I pewnie takiego zakończenia recenzji nikt się nie spodziewał, ale cóż ja na to mogę, że pomimo całego szacunku i uznania dla pracy autorki, nie mam ani kszty zrozumienia dla jej wariactwa na punkcie pracy.

Bo ja jeszcze rozumiem, żebyś ty kobieto przyszła do domu i powiedziała: "kochanie, nauczyłam się nowego masażu, kładź się"... a ty wracasz do domu i chcesz z nim robić... lody!

Tego normalny facet nie jest w stanie znieść!

Podsumowując książkę polecam, ale nie wiem, czy zajrzę do następnych.

Autorka wkurzyła mnie i to bardzo! 

Pinterest.com

czwartek, 4 sierpnia 2016

... to widok poniżający dla jego męskiej natury.

Moje Drogie Panie,

Mam ogromną prośbę!

Zanim zapiszecie swoich mężów na zabieg w SPA, przeczytajcie dokładnie, co wchodzi w jego skład.

Przyszedł do mnie On - Mężczyzna nie do końca świadom tego, co go czeka.

A ja go przez pierwsze dwadzieścia minut smaruje olejami, kokosowym czymś tam i jakiś mleczkiem... a potem zawijam go w folię...

I patrzę na tego biedaka, który nie za bardzo wie, czy bardziej jest zażenowany czy zaskoczony, a który pyta się, ilu mężczyzn wybiera taki zabieg.

A ja tylko czuję w moim pokoju Żelaznego Jana (O Żelaznym Janie słów kilka!), który puka się w czoło i z niedowierzaniem patrzy na na to, co ja wyrabiam.

Dobrze, że mnie podkusilo by puścić składankę ulubionych piosenek, a tam głównie mam śpiewających mężczyzn. 

Panowie, gdyby nie Wy, to ja nie wiem, co ja bym zrobiła!

I choćby mnie zaraz stado genderowców miało zlinczować, to absolutnie uważam, iż mężczyzna zawinięty w folię, obsmarowany jakimiś mazidłami, to widok poniżający dla jego męskiej natury.

Dlatego drogie panie, puknijcie się w te wasze czoła i zapiszcie swoich mężczyzn na masaż... zwykły, toporny masaż. 

I nie róbcie tego nigdy żadnemu Mężczyźnie!!!

Szacunek dla męskiej natury to podstawa!

P.S. Szkoda, że tego biedaka jeszcze na manicure nie wysłali...

piątek, 22 lipca 2016

Za refleksje i tęsknotę za prawdziwym Domem!

Dziesięć ksiąg "Anastazji" Wladimira Megre pochłonęłam tutaj w dwa miesiące!

Pochłonęłabym szybciej, gdyby nie nauka angielskiego... i nauka jogicznych asan... po angielsku... i czytanie książki... po angielsku... 

Nie będę cytować fragmentów, bo zanim zorientowałam się, jak to się robi na tablecie, byłam przy księdze dziewiątej i wtedy pomyślałam sobie, że "musztarda po obiedzie" ;-)

Więc tym razem będzie bez fragmentów... z resztą i tak musiałabym ich tutaj umieścić ze sto.

Czy książki polecam?

Oczywiście, ale nie każdemu.

Jeśli kogoś słowa takie jak duchowość, zakładanie rodziny czy też boskość odstraszają, to lepiej weźcie do ręki coś innego. 

Jeśli nie, zaryzykujcie!

Nie ze wszystkim zgadzam się, ale nie chodzi o to, żeby zgadzać się z tym, co mieści się na ponad siedmiuset stronach, ale zgadzać się z główną ideą książki, a ją kupuję w 100%.

To, w jakim kierunku zmierza tzw. współczesna  cywilizacja raczej nie zachęca, żeby iść z nią dalej. 

Syf w powietrzu, woda, za którą płacimy, a która nie nadaje się do picia, jedzenie coraz gorszej jakosci, a relacje międzyludzkie... cóż...

I nagle pojawia się w Tobie tęsknota za tymi malinami po prawej i agrestem po lewej i za tą wiśnią koło domu, i za tą węgierką w głębi ogrodu... i już wiesz, że to, co nazywamy mieszkaniami, a co wygląda jak wielkie klatki dla zwierząt (tak, mam na myśli bloki mieszkalne!), trudno nazwać Domem... 

I wiesz, że dla siebie, a już na pewno dla swoich Dzieci chcesz czegoś więcej, niż mieszkania w bloku, w środku miasta, gdzie powietrze to jeden wielki brud, a jedzenie pochodzi nie wiadomo skąd.

I chyba tyle mogłabym napisać na temat wszystkich dziesięciu części " Anastazji"... 

Anastazjo, Wladimirze... dziękuję!

Za refleksje i tęsknotę za prawdziwym Domem!

Ukłony dla Was :-*


piątek, 17 czerwca 2016

... tej książce naprawdę daleko do Greya!

Właśnie zorientowałam się czytając dokładnie recenzje zakupionej przeze mnie książki (za 1euro!), że mam w rękach coś w rodzaju "50 twarzy Greya"!

Przynajmniej tak mówiły zamieszczone w niej opisy!

Z szoku wyszłam... dosyć szybko. 

Ów literaturę traktuję jako kontakt z angielskim, bo jedyne książki po angielsku jakie tu mam, to podręczniki do jogi - na dłuższą metę fabuła nie powala...

A tu proszę, trzymam w ręku "The New York Times Bestseller" i zastanawiam się, o co ten cały ból tyłka, jeśli chodzi o "50 twarzy Greya".

Nie czytałam, ale czytając moje "On the Island" stwierdzam, że literatura ta wprost idealnie pasuje do mojej kochanej ławeczki, gdzie chociaż jedna książka, którą czytam (a czytam kilka naraz) może być z tych mniej ambitnych, bo u licha co w tym złego poczytać coś, co nie zmusza do myślenia (mnie zmusza, bo to wciąż po angielsku!). 

Poza tym tej książce naprawdę daleko do Greya!

Sceny łóżkowe są zaledwie opisane w jednym akapicie... i nie ma nic o kajdankach....

___________

Powyższą część posta pisałam będąc mniej więcej po 200 stronach książki.

To, co napiszę poniżej, jest efektem "PO"!

____________

Książka jest super!

Końcówka tak mnie wciągnęła, że wieczorem pochłonęłam ostatnie 150 stron, bo byłam niezwykle ciekawa, jakie będą losy bohaterów i ich "niełatwej" miłości.

A niełatwej tylko dlatego, że wróciwszy do realnego, świata po trzech latach spędzonych na bezludnej wyspie (to, że się w sobie zakochali chyba nikogo nie dziwi!), zostali poddani surowej ocenie, bo jak to ona ma lat 31, a on lat 19!!!

A tak to moi mili. Nie wiem, ile jeszcze trzeba książek napisać, żeby ludzie zrozumieli, że miłość wykracza poza wszelkie ramy i metryki. 

A ja się wciąż zastanawiam, kto u licha daje nam prawo do oceny jakiegokolwiek związku i kto wyznacza te durne ramy normalności?!

Wiecie, co mnie najbardziej urzekło w tej historii?

Kiedy oboje zorientowali się, że nie pasują do otaczającego ich świata, a chcą być ze sobą i kochają się bardzo mocno, postanowili stworzyć sobie swój własny świat... 100km od miasta!

On kupił ziemię, zbudował na niej dom (robił to na bezludnej wyspie dwa razy - miał wprawę!)... i żyli długo i szczęśliwie, i mieli trójkę dzieci. 

Ona pierwsze urodziła grubo po trzydziestce (straszne... jak śmiała tak długo czekać!), a potem mieli bliźniaki!!!

I nawet z "płytkiej książki" można zabrać coś niezwykle cennego i mądrego dla siebie.

Jeśli czujesz, że gdzieś nie pasujesz, odwróć się na pięcie, wyjdź pierwszymi drzwiami i idź budować swój własny świat gdzie indziej!

Ci ludzie, którzy mają z tobą zostać, zostaną. 

Ci, którzy mają odejść, odejdą.

P.S. Z niecierpliwością czekam na film!!! 

środa, 30 marca 2016

"Jak być szczęśliwym... lekcja 1!"

Tym razem będzie o dzieciach.

Wiem, w tym kraju prawo do wypowiadania się na ich temat mają wyłącznie ci, którzy je posiadają... ale mimo to zaryzykuję!

anastazja.com.pl
Co w 4 księdze mówi Anastazja?

"Przykre jest to, Władimirze, że wśród ludzi rozpowszechnił się zwyczaj przekazywania swoich dzieci na wychowanie innym. Komu, nie jest ważne. Szkole albo innym instytucjom. Przekazują swoje dzieci, często nie wiedząc nawet, jaki będzie im wpajany światopogląd, jaki los zgotuje im czyjaś nauka. Oddając swoje dzieci w nieznane, samemu traci się swoje dzieci. Właśnie dlatego zapominają o matkach te dzieci, które zostały oddane komuś na naukę."

Jako psycholog i trener jeździłam po wielu szkołach, i nie jedno widziałam. 

W jednej z warszawskich szkół to się nawet strasznie zasiedziałam... 2 miesiące, bo po miesiącu nie byłam już w stanie znieść tego, jak można traktować młodych ludzi. Zwolniłam się.

Powyższy fragment jako jeden z nielicznych z 4 księgi podkreśliłam grubą kreską. Jakbym mogła, to bym kolorowym markerem po nim pojechała, ale że książka nie moja, więc cóż... pozostało zaznaczyć go ołówkiem.

Nie muszę chyba dodawać, że podpisuję się pod nim wszystkimi kończynami, które posiadam. Właściwie dzięki niemu zaczęłam liczyć, na ile lat "oddajemy" dziecko w ręce innych ludzi.

I wyszła mi liczba, która wgniotła mnie w fotel... bo jak dobrze policzyć czas, jaki spędza przeciętne dziecko w placówkach wszelakich, a swoją karierę zaczyna w nich w wieku 2-3 lat, do tego dodać 3 następne stopnie szkół, to wyjmujemy gotowy produkt po 15-18 latach obróbki...

Pamiętam, jak mocno mnie to wbiło w fotel... długo nie mogłam się podnieść...

Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy nauczyciele są beznadziejni, ale fakt faktem spora część, o ile nie bardzo spora, nie nadaje się do tego zawodu. 

Do tego dodajmy system edukacji stworzony przez nie wiadomo kogo... a na który mają wpływ miłościwie nam panujący...

Lekcje dodatkowe, balety, tańce i recytowanie wierszy... 

I ponownie muszę zapaść się w fotel, bo naprawdę nie mam pewności, czy to, kogo otrzymam po tych nastu latach obróbki, będzie nadal moim dzieckiem... 

Przeraziło mnie to i dało do myślenia... 

A że myślę wolno, to zostawię sobie resztę refleksji dla siebie, a post ten zakończę jakimiś (w miarę!) pozytywnymi cytatami...

"(...) wszystkie mądrości wszechświata istnieją w każdej ludzkiej duszy od momentu stworzenia. Tylko mędrcy sprytnie sobie na korzyść mędrkują i w ten sposób oddalają dusze od najważniejszego."  

"Najważniejsze, aby poznać, jak być szczęśliwym, a to jedynie rodzice przykładem swoim wskazać mogą."

Nic dodać, nic ująć!

A więc N.,  przyszła nad-matko (jak to mnie przyjaciółka nazywa!) zabierasz się do roboty.

"Jak być szczęśliwym... lekcja 1!"
   

środa, 9 marca 2016

...naukowo potwierdzona skuteczność "magii"...

www.matras.pl 

"Kod uzdrawiania" jest jedną z tych książek, które czytasz, w które wątpisz i które sprawdzasz na własnej skórze, bo inaczej nie uwierzysz w to, co autorzy napisali.

Tak też zrobiłam po przeczytaniu całości.

Usiadłam i zaczęłam sprawdzać.

Wiem, brzmi jak jakaś magia, jakieś coś dziwnego... i że w ogóle o co chodzi...

Nie będę zdradzała, czym są owe kody i jak się je wykonuje.

Nie będę zdradzała, jakie dolegliwości udało mi się dzięki nim złagodzić, a jakie wyleczyć.

Nie będę pisała o mechanizmie działania samych kodów, bo jest on w bardzo przystępny sposób opisany przez Autorów.

Jedyne, czym jestem się w stanie podzielić to to, że owe Kody stały się codziennym rytuałem, bez którego nie wyobrażam sobie zasnąć i wstać rano. I chociażbym miała wstać bardzo wcześnie, zawsze znajdę 6 minut dla siebie. 

Warto również dodać, że ta magia, a właściwie naukowo potwierdzona skuteczność "magii", leczy przyczynę, a nie samą chorobę... co dla koncernów farmaceutycznych będzie trudne do zaakceptowania.

Jak długo leczy?

Tyle, ile potrzeba. Jednemu wystarczy tydzień, innemu rok. Nie ma reguły.

A czy warto wypróbować je na sobie?

Oczywiście, że tak, bo nie wyobrażam sobie, żeby coś, co składa się z charakterystycznego ułożenia dłoni oraz powtarzanej na początku mantry mogło komukolwiek zaszkodzić.

P.S. Warto zaznaczyć, że Autorzy książki otwarcie piszą o swojej wierze i o Bogu... więc chyba Ateistom samo czytanie może zaszkodzić... chociaż, kto wie...

czwartek, 25 lutego 2016

Smutne to centrum mojego miasta...

"Zwróćcie kiedyś uwagę na strumień idących ulicą przechodniów, 
na ich twarze. Ja to zrobiłem. Prawie wszyscy są skupieni, 
udręczeni lub pochmurni. Zwłaszcza pojedynczy człowiek. 
Niby nie niesie niczego ciężkiego i ubrany jest doskonale, 
widać, że nie głoduje, bo pali drogie papierosy - a na twarzy 
odciśnięte napięcie, ciężkie myśli, 
i tak u wielu, u większości."  


Zdj. okładki www.nieznany.pl 
"Anastazja - Przestrzeń miłości" jest trzecią częścią z serii dziesięciu książek Władimira Megre.

Fragmentów z tej części, jak i z części drugiej mogłabym użyć do co najmniej setki postów. Tyle w nich mądrości do przemyślenia i do ukochania. 

Z premedytacją tego nie zrobię, gdyż Ci, dla których Anastazja będzie inspiracją, sami do niej trafią. A Ci, którzy uznają ją za wariatkę, już po pierwszej części rzucą ją w kąt.

W związku z moim niedawno odkrytym zainteresowaniem mężczyznami (jakkolwiek to nie brzmi!), tym razem postanowiłam zacytować w poście samego autora. Anastazja z pewnością mi to wybaczy. Ba! Jestem nawet pewna, że ją to bardzo ucieszy.

Władimir Megre pisząc kolejne książki odbywa swoją własną, cudowną podróż. I za to wyrazy uznania. Pyta, wątpi, nie zawsze wszystko rozumie i to sprawia, że przy wyjątkowości Anastazji, jest zwyczajnym, ludzkim promykiem. Choć wielu pytało, dlaczego akurat wybrała jego? Ani to on pisarz, ani człowiek światły, to jest w tym wyborze coś niezwykle mi bliskiego.

Zwróciliście kiedyś uwagę "...na strumień idących ulicą przechodniów, ich twarze."???   

Centrum miasta jest do takich obserwacji idealne.

Trudno się nie zgodzić z Władimirem, że radości na ich twarzach jak ze świecą szukać, a ich pęd jest na tyle wciągający, że samemu nie wiedzieć, w którym momencie, dołącza się do ich peletonu.

Próbowaliście kiedyś stanąć na środku chodnika i tak po prostu stać?

Niesamowite jest to, że po mniej więcej minucie stajesz się zwykłym, stojącym obiektem. Takim słupem, którego trzeba ominąć.

I właściwie nie wiem, czy bardziej mnie ta świadomość stania się rzeczą przytłacza, czy śmieszy...

Nie... zdecydowanie mnie to przytłacza...

Stoisz, patrzysz się na nich, a oni traktują Cię jak przeszkodę do ominięcia...

Smutne to centrum mojego miasta...

Bardzo smutne... 

poniedziałek, 22 lutego 2016

... jesteście wielcy, choć za tak małych Was mamy...

Przychodzi taki moment w życiu kobiety, w którym postanawia ona poznać bliżej tych, o których narosło trylion mitów i bzdur.

A że owe mity i bzdury zaczęły ją zwyczajnie ranić, choć nie dotyczyły one bezpośrednio jej osoby, postanowiła poszukać do tej podróży odpowiedniej książki.

Po kilku minutach poszukiwań okazało się, że komuś przyszło do głowy napisać coś, co można by nazwać odpowiednikiem mojej ukochanej "Biegnącej z wilkami" C.P. Estes, odpowiednikiem dla Mężczyzn.

I tym razem zacznę od tego, dla kogo ta książka nie jest...

Nie jest ona dla Kobiet, które pragną ją przeczytać i ruszyć w świat, by uzdrawiać Mężczyzn, by uświadamiać im, jaki proces mają przed sobą i ile jeszcze muszą w sobie ogarnąć, żeby stać się prawdziwymi Mężczyznami.

Jeśli Twoja motywacja jest właśnie taka, nawet nie próbuj dotykać tej książki, bo absolutnie Autorowi nie chodziło o to, żeby stworzyć podręcznik  z serii "Jak wychować sobie Mężczyznę - 10 rad dla kobiet". Wychowaj najpierw siebie, a mężczyzn zostaw w spokoju.

Na tych 300 stronach podróży w głąb męskiej duszy, o kobietach jest niewiele. 

"Thanks God" [dzięki Bogu] chciałoby się krzyknąć!

A nawet jak coś o nas wspomni, to często podsumowuje to zdaniem w stylu: "ale o tym, to najlepiej wypowiedzą się kobiety". 

Dziękuję w imieniu Kobiet.

Ale dziękuję również w imieniu Mężczyzn za absolutne dzieło, bo inaczej nazwać tej książki nie potrafię.

I nie chodzi tu o kunszt literacki, ale o wiedzę, jaka w niej jest.

Nigdy nie byłam tak zszokowana i nigdy nie czułam się tak niepewnie, jak podczas czytania o świecie ludzi, których wydawałoby się, że znam (bo przecież wszystkie kobiety doskonale Was znają - ironia!), a tu nagle... wchodzę do ciemnego lasu, bez mapy, bez kompasu, bez plecaka i ktoś mnie przez niego prowadzi. 

O ile Kobiecy las czułam każdą swoją komórką, o tyle las męski nadal wydaje mi się pełen tajemnic i pełen rzeczy, których my kobiety nie rozumiemy. A już na pewno nie na podstawie pseudo wiedzy w stylu "10 sposobów jak rozpoznać prawdziwego mężczyznę".

Książka wyjątkowa, napisana po męsku, przez mężczyznę (to by była jakaś paranoja, gdyby napisała ją kobieta!), dla mężczyzn.

Szczerze polecam! 

P.S. Jestem szczerze poruszona,... zaskoczona... i pełna podziwu dla Mężczyzn, bo dzięki "Żelaznemu Janowi" wiem, jak cholernie niełatwy proces jest przed Wami... zwłaszcza, że współczesny świat, współczesne formy zatrudnienia, współczesne kobiety Wam tego nie ułatwiają... jesteście wielcy, choć za tak małych Was mamy!

piątek, 29 stycznia 2016

Anastazjo, gdziekolwiek teraz jesteś. Dziękuję!

"Anastazja" Władimira Megre to pierwsza książka w moim życiu, która nie pozwoliła mi iść spać. Po prostu wiedziałam, że muszę ją pochłonąć natychmiast, najlepiej bez żadnej przerwy w czytaniu. 

Przerwa była, trwała dobę, ale gdy nadszedł wieczór, trzeba było dokończyć to, co zaczęłam poprzedniej nocy. Na szczęście książka ma zaledwie 140 stron.

Kim jest autor?  

Władimir Megre jest handlarzem. Statki, Syberia, zimno i te sprawy, i podczas jednej ze swoich podróży spotyka kobietę wyjątkową...

"Anastazja żyje w lesie absolutnie samotna. 
Nie ma mieszkania, prawie nie nosi odzieży i nie robi żadnych zapasów żywności. Jest potomkiem ludzi, którzy tu żyli przez tysiąclecia 
i to jest jakby inna cywilizacja. 
Urodziła się tutaj i jest nieodłączną częścią przyrody."

I z tego spotkania zrodziła się książka. A właściwie seria 10 książek!

Na wstępnie muszę zaznaczyć jedną rzecz, a właściwie będzie to rodzaj przestrogi przed sięgnięciem po taki rodzaj literatury... 

Zrób sobie mały test. 

Oceń na skali od 0 do 10 swój poziom duchowości i tego, co ja nazywam angielskim "open-minded" (bo po polsku trudno to przetłumaczyć jednym słowem), gdzie 0 oznacza "chyba żartujesz? jaka duchowość?", a 10 oznacza "...". 

Osoby, które oceniły swoją duchowość od 0 do 1, niech omijają takie książki szerokim łukiem. 

2-5 niechaj czytają,.... ale powoli

6-8 niechaj czytają,... ale uważnie

9-10 po co Ci książki? Zaszyj się w lesie!

Proszę mi wybaczyć szczyptę ironii w powyższym psycho-teście. 

Nie mogłam się powstrzymać. 

O co mi chodzi z tym lasem? 

Bo czasem warto się zastanowić...

"...dlaczego wszyscy wielcy myśliciele, ludzie tworzący różne systemy religijne, zanim je stworzyli, 
zaszywali się w głuchym i głębokim lesie, prowadzili pustelnicze życie oddawali się medytacji, a dopiero później wracali i szerzyli je społeczeństwu? No właśnie, nie zapisywali się do superuniwersytetów, 
a tylko i wyłącznie uciekali do lasu!" 

Także z tym lasem to nie był ani żart ani ironia.

Bo głęboko wierzę w to, że...

"Współcześni ludzi mają jeszcze uczucia, intuicję, zdolności  do marzenia, przewidywania, modelowania szczególnych sytuacji, oglądania snów, 
tylko wszystko to jest chaotyczne i nie ukierunkowane."

A...

"... sens życia istnieje w prawdzie, radości i miłości." 

Ale to, co chyba najcenniejsze i najpiękniejsze Anastazja, mówi o dzieciach. 

"Najbardziej znaczące jest wychowanie dzieci. 
Chciałeś się dowiedzieć jak najwięcej o talerzach [statkach kosmicznych], mechanizmach, rakietach i planetach. 
Ale ja bardzo chciałam jak najwięcej opowiedzieć 
o wychowywaniu dzieci i zrobię to."

"Dorośli powinni sobie uświadomić, że dziecko w niektórych wypadkach  przewyższa ich, na przykład czystością pomysłów. (...) 
W ogóle bardzo ważna jest umiejętność zadawania dziecku pytań."

"W naszym świecie starsze pokolenie odnosi się do niemowlęcia 
i do małego dziecka jak do bóstwa i przez odpowiedzi dziecka 
sprawdza swoją czystość." 

Szczerze wzruszyły i zachwyciły mnie te słowa. Brzmi to znajomo... trochę korczakowsko, trochę szamańsko... 

W książce również znajdziecie dokładną instrukcję prowadzenia własnego ogródka lub jak to Anastazja mówi, chociażby kawałka tego ogródka po to, żeby to, co w nim rośnie, służyło Tobie najmocniej, jak tylko służyć może, bo...

"Każde wysiewane nasionko zawiera w sobie ogromną ilość 
kosmicznej energii."

Jak ją z niego wydobyć? Dokładny opis w książce :) 

I pewnie część z Was już uznała mnie za wariatkę - nie ma problemu. Opcja usuwania numeru telefony czy osoby z FB jest prosta i znana. Śmiało!

Natomiast ta książka przypomniała mi mój stary wpis na blogu... stary, bo sprzed 2 lat...


"Większość ludzi odczuje energię wychodzącą z tej książki."

Tak, ja ją poczułam, a wróciwszy do moich własnych słów po prostu się rozpłakałam, bo to wszystko zaczyna dla mnie nabierać głębokiego sensu. Skąd te moje ciągoty na wschód i dlaczego oglądając filmy o Syberii, czuję coś więcej niż tylko zachwyt. 

I nie sposób  nie zgodzić się z poniższym fragmentem: 

"Znany rosyjski uzdrowiciel (...), Mironow, 
na zgromadzeniu swoich współpracowników powiedział: 
<<Robaczkami jesteśmy w stosunku do niej.>>" 

Oj tak, robaczkami, ale za to z jakimi otwartymi sercami. 

Nie mam pojęcia, gdzie po raz pierwszy usłyszałam imię "Anastazja". Mam wrażenie, że przewijało się ono na zajęciach masażu kilka razy.

Nie wiem, kto pierwszy polecił mi tę książkę... wtedy myślałam, że to JEDNA książka, a nie 10.

Ale wiem, że to, co dzięki niej usłyszę, będzie długo... bardzo długo wibrowało w moim sercu.

Anastazjo, gdziekolwiek teraz jesteś. Dziękuję!

"Bo mi się marzy śnieżna Syberia Proszę Pana 
i zimowy kulig, i zima mroźna, i śnieg po kolana. 
Bo mi się marzy Wschód niesłychanie.
I śnieg skrzypiący i czapy i rosyjskie banie."

niedziela, 24 stycznia 2016

... i niech siedzą... i niech drążą... i niech robią swoje!

Przychodzi taki moment w życiu człowieka czytającego książki, że trafia się w końcu ONA. 

Książka życia.

Choć pożyć mam jeszcze zamiar i to tak do 80-tki "(o ile będzie mi dane!), to szczerze wątpię, żeby którakolwiek z książek była w stanie przebić "Biegnącą z wilkami".

Recenzując książki uwielbiam cytować ich fragmenty.

W tym przypadku musiałbym poświęcić na recenzję jakieś 50 postów, bo fragmentów ważnych i mądrych, i moich było wiele.

W przypadki nie wierzę.

Nawet książki, które czytam trafiają w moje ręce wtedy, gdy trafić mają... a jak nie mogę znieść mądrości autora, to odkładam na półkę i wracam do nich po latach. 

I nagle BACH! Trafia w sam środek mojej duszy. 

"Biegnącą z wilkami" polecała w jednej ze swoich książek Katarzyna Miller. Babeczka, którą czytam od lat, bo nikt tak pięknie i tak prosto z mostu nie pisze o babach. A jak Kaśka pisze, że coś należy przeczytać, to nie śmiem się z nią sprzeczać.

Nasza wspólna podróż zaczęła się w wyjątkowym momencie mojego życia (szczegółów zbyt wiele na jeden post) i była podróżą pełną znaczeń, mądrości i tego, co najbardziej pierwotne w kobiecej duszy. 

Sny, które dzięki niej miałam i mam do dnia dzisiejszego (zapisywane skrzętnie w notesie!) uświadomiły mi, jaką mądrość i wielkość mam w sobie.

Nie, nie chodzi o przerośnięte ego, ale o dziką babę, która tkwi w każdej z nas. 

Dla kogo jest ta książka?

- dla tych, które wieczne szukają i wiecznie gdzieś nie pasują
- dla kobiet, które chcą dotrzeć do prawdy o sobie
- dla odważnych i szalonych jednocześnie
- dla tych, które pociąga wszystko, co dzikie i nieokiełznane
- dla tych, które ciągle chcą więcej od życia
- dla tych pogubionych i tych, które już znalazły
- dla młodych, starszych i dojrzałych
- dla mężczyzn ciekawych kobiecej duszy

I można by wymieniać, wymieniać i wymieniać, a tak naprawdę jest to ten rodzaj książki, która sama musi do Was przyjść. 

Tak po prostu. 

Przyjść i zapukać, i spytać: 

- Czy masz ochotę na podróż życia?
- Mam... a jak długo to potrwa?
- Długo, dłużej niż byś chciała.
- A daleko ta podróż?
- Dalej niż się spodziewasz.
- A bilety po ile są?
- Bilety?... chyba bilet. To jest podróż w jedną stronę. Niby wrócisz z tymi samymi włosami, uśmiechem, grymasami, ale to, co w środku... 
będzie jedną wielką rewolucją.
- Rewolucją? Ale ja nie chcę rewolucji, chcę spokoju. Świętego spokoju.
- Tak Ci się tylko wydaje...

A jeśli przyjdzie moment, w którym zaczniesz ją czytać i stwierdzisz "co za pierdoły". Po prostu odłóż ją na półkę i wróć do niej po latach. I jeśli znowu  po latach uznasz, że to głupota... podejdź do półki, odstaw na miejsce i daj jej znowu kolejne kilka lat ciszy. 

Dlaczego?

Bo warto spojrzeć sobie głęboko w oczy i odkryć coś, czego nikt za Ciebie nigdy nie odkryje. 

A tym czymś jest PRAWDA... nie zawsze wygodna, nie zawsze ładna, nie zawsze taka jaką bym chciała... 

... ale cóż... 

... wolę chaos prawdy... od porządku iluzji....

Aaaa i jeszcze jedna ważna rzecz!

"Biegnącej z wilkami" nie da się czytać jednym ciurkiem... czasem trzy akapity siedzą w głowie kilka dni... i niech siedzą... i niech drążą... i niech robią swoje!

wtorek, 5 stycznia 2016

"Mężczyźni bez kobiet" Haruki Murakami

"Ale nawet jeśli ludzie się świetnie rozumieją, 
nawet jeśli się bardzo kochają, 
niemożliwe jest zobaczenie wszystkiego co kryje się w sercu 
i umyśle drugiej osoby. Takie pragnienie może tylko wywołać ból. 
Za to, jeśli chodzi o własne serce i umysł, to przy pewnym wysiłku powinno się udać do nich zajrzeć. Więc musimy raczej stworzyć 
dobre relacje z własnym sercem i umysłem. 
Jeżeli naprawdę chcemy zobaczyć innego człowieka, 
musimy spojrzeć sobie prosto i głęboko w oczy."

Haruki Murakami
"Mężczyźni bez kobiet"


O moim uwielbieniu dla HM wiecie już od dawna.

Jest coś w tym pisarzu, co mnie zachwyca i zachwycać będzie do ostatniego słowa, jakie HM zdoła napisać, dlatego szczerze mu życzę co najmniej 100 lat życia... albo i więcej.  

I dlatego jestem od zawsze nieobiektywna, jeśli chodzi o jego książki, bo 99% tego, co przeczytałam trafia do mnie bardzo głęboko. Ten 1% pozostawiam książce, która była tłumaczona nie bezpośrednio z japońskiego, ale z przekładu angielskiego... różne słowa cisną mi się na usta, kiedy pomyślę, co się dzieje ze słowami, zdaniami, gdy z tłumaczenia robi się kolejne tłumaczenie... słowo GŁUPOTA jest chyba najdelikatniejszym, jakie przychodzi mi do głowy. 

Ale wracając do "Mężczyzn bez kobiet"... po pierwsze nigdy nie wyjdę z podziwu, jak ten pisarz bawi się słowami... sama piszę i wiem, jakiej to wymaga żonglerki i wciąż zazdroszczę mu tej łatwości w dobieraniu słów, które nie tyle mówią coś konkretnego, co w towarzystwie innego słowa po prostu kwitną. Ja tak póki co nie umiem, ale obiecuję przeżyć jeszcze na tym padole ze 20 lat, doświadczyć nie jednego i wtedy też tak będę pisała! Obiecuję (sama sobie!).

Po drugie... mężczyźni... kiedy wpisałam w Google tytuł książki, zajrzałam do grafiki, ujrzałam, że na co 4 zdjęciu widnieje hasło: "mężczyzna bez kobiety to jak pies bez pcheł..." [bez komentarza]  
Pewnie znacie: "Co powiedział Bóg po stworzeniu Adama? Pierwsze śliwki robaczywki."... no faktycznie, kiedyś bym się uśmiała, ale dziś mnie to nie bawi... "wszyscy mężczyźni są tacy sami, każdy myśli tylko o jednym.... bla bla bla"...

A czy którakolwiek, kiedykolwiek próbowała zrozumieć mężczyznę? Nie oceniać, nie sprowadzać do poziomu seksoholika (swoją drogą, co w tym złego, że lubią seks??!!) tylko po prostu spojrzeć na nich bez tych wszystkich kulturowych mądrości? Nie sądzę... skoro my same ledwo siebie rozumiemy, to jak u licha mamy zrozumieć mężczyzn? 

Im dłużej żyję i obserwuję otaczający mnie świat, tym częściej dochodzę do wniosku, że współczesny Mężczyzna jest niesamowicie ciekawą i fascynującą planetą. Nie, nie jakimś tam Marsem, po prostu planetą dla mnie (jeszcze) nieodkrytą. I nie mówię tutaj o cielesności (ze względu na mój ukochany fach, ciało ludzkie ma dla mnie coraz mniej tajemnic), ale o tym, co nienamacalne. O męskiej duszy. 

I wracając ponownie do książki Murakamiego, dzięki której nagle można zobaczyć męski świat uczuć i potrzeb, wcale niesprowadzony tylko do seksu, chociaż cielesności w książkach HM zawsze było sporo i zawsze była ona czymś naturalnym jak robienie obiadu. I nagle można poczytać o mężczyźnie, którego miłość do kobiety po prostu zabija... i to dosłownie i nagle dostrzega się w nich zwyczajnych, pogubionych ludzi, którzy tak samo nie ogarniają samych siebie, jak my kobiety nie ogarniamy naszej dzikiej natury. 

I dlatego od tego roku przestaję oceniać, rzucać znanymi hasłami: "bo wszyscy mężczyźni, bo oni tylko o jednym...", tylko obserwować i rozumieć. Rozumieć z całych sił, choć jest to tak samo trudne, jak rozumienie samej siebie... i od samej siebie dziś zacznę, a reszta przyjdzie sama, przy okazji.