Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hawajska mądrość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hawajska mądrość. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2020

Gdzie jeszcze niepotrzebnie sprzątam, a tam jest już dawno... posprzątane?

Kiedy w moim otoczeniu Rzeczy Martwe robią kolejnego psikusa, od razu wiem, że chcą mi coś podpowiedzieć.

Można by się śmiać z tego, co piszę, ALE dla mnie od lat w Rzeczach Martwych jest dużo więcej życia niż w nie jednym Człowieku.

Po raz pierwszy o ich magii usłyszałam w trakcie kursu hawajskiego masażu Lomi Lomi Nui i zdanie: "Jeśli chcesz zabrać kamyczek z plaży, spytaj się Go, czy chce z Tobą iść!" pamiętam do dziś, choć było to lata temu.

Robimy wczoraj z moją cudną M. sesję BARS® i nagle moja szafka na buty postanowiła w tym uczestniczyć i otwiera się z takim przytupem i półobrotem, że trudno jej było nie zauważyć.

W mojej głowie natychmiast powstało pytanie:

"Jakie drzwi chcą być otwarte, a my je wciąż zamykamy?"

Na drugi dzień biorę się za sprzątanie, a że szczerze lubię to robić, więc kiedy 30 minut nie mogę znaleźć puchatej nakładki na mopa, zaczynam być na serio wściekła i myśleć: "To jakaś paranoja! Ja chcę sprzątać teraz, tu, natychmiast! Aaaaaaaa!"

Chwilę ochłonęłam i zaryzykowałam pytanie:

Co jest w tym ku**** dobrego, 

czego ja jeszcze nie widzę, 

że nie mogę dokończyć sprzątania mego?"

Przeszłam jeszcze raz wszystkie zakamarki mieszkania mego, nawet do Rodziców zadzwoniłam z pytaniem, czy aby nie świsnęli mi tej nakładki i w głowie nagle pojawiło się pytanie:

Gdzie jeszcze niepotrzebnie sprzątam, 

a tam jest już dawno... posprzątane?

www.pixabay.com
www.pixabay.com

UPS... mopa schowałam, małe mebelki ponownie stanęły na podłodze, a ja zdecydowanym krokiem poszłam do paczkomatu po odbiór nowej... kiecki!

Dla mnie Rzeczy Martwe nie są... MARTWE!

Dla mnie Rzeczy Martwe to cudni Przyjaciele, Podpowiadacze i Nakierowywacze na magię życia mego.

Więc kiedy Ci się coś psuje... gdy otworzy niespodziewanie, zamiast wściekać się, proszę Cię... zadaj do tego jakieś... PYTANIE <3 

wtorek, 14 lipca 2020

A co jeśli nie wszystko, co nadaje się do naprawy, tej naprawy wymaga?

Przychodzi taki moment w życiu każdej baterii komórkowej, że pada z sił i trzeba ją ładować kilka razy dziennie, a że komórka moja ma już kilka sezonów, więc uznałam to za coś absolutnie normalnego.

Okazało się, że kupno do niej baterii na mieście graniczy z cudem - w pięciu odwiedzonych punktach poczułam smuteczek, więc zaczęłam szperać w Internecie, ile to moje cudo kosztuje.

Koszt wywołał kolejny smuteczek, ale przyjęłam go dzielnie na klatę, wiedząc, że ładowanie baterii kila razy dziennie nie ma najmniejszego sensu i albo zmieniam aparat albo baterię.

Następnego dnia robiąc kilka zdjęć nie działał mi flash, a jak nie działa, to robię  restart komórce i działa ponowie. 

Tak też uczyniłam i dzięki temu odzyskałam światło i... baterię!

Prawdę mówiąc do dnia dzisiejszego nie wiem, jakim cudem wyłączenie i ponowne włączenie komórki może wskrzesić baterię, ale widocznie nic tak nie działa jak dobre... stare... ctrl+alt+del. 

Po tym magicznym uzdrowieniu w głowie powstało pytanie:

Gdzie jeszcze mam punkt widzenia, że muszę coś wyrzucić
 i wymienić na lepszy model, 
a to, co tak naprawdę rozwiąże mój problem, 
to zwykłe przywrócenie ustawień fabrycznych?

Właściwie przydałby się inteligentny komentarz... podsumowanie, ale nie mam pojęcia, co mam Wam napisać, bo przyzwyczajona byłam raczej do rzeczy wywalania... a na pewno nie do... naprawiania i restartowania!

Do tego zaprasza mnie mój nowy DOM... ja tu wciąż coś naprawiam, przepycham, czyszczę, by mogło działać jak nowe!

A co jeśli nie wszystko, co nadaje się do naprawy 
(lub spotkania z koszem!), 
tej naprawy wymaga?

www.pixabay.com

Sesja BARS® by zrobić restart dla głowy... 

Sesja Facelift® by zrestartować Ciało...

poniedziałek, 18 maja 2020

Królestwo NAS... zamiast czubka własnego nosa...

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o "Królestwie Nas" na jednej z klas Access Consciousness, byłam szczerze oczarowana. 

Wielki minus, że o tym pisze się w ich książkach rzadko, a mówi się dopiero na drugim czy nawet trzecim etapie szkoleń, ale jak się głębiej nad tym zastanowię, ma to ukryty sens. 

Różnica w kreowaniu życia z Królestwa Mnie vs Królestwa Nas jest kolosalna.

To drugie to myślenie jedynie o czubku własnego nosa z założeniem, że JA i MOJE liczy się najbardziej, podczas gdy to pierwsze zaprasza do energii kreacji... każdego.

I teraz przykład: kiedy jestem z kimś w związku często pytam: "Czy jak zrobię XYZ to, to NAM więcej wykreuje czy mniej?", gdzie NAM oznacza mnie, partnera i jeśli partner ma dzieci, to również do tej szufladki zaliczam dzieci jego... gdyby była była żona, też zostanie... zaliczona ;) 

I teraz cały problem polega na tym, co absolutnie uzasadnia, dlaczego nie mówi się o tym na Klasie BARS® , ale na wyższych klasach, że jeśli nie jesteś jeszcze biegły w odróżnianiu, co jest lekkością, za czym warto iść, a co ciężarem, to niestety zaczniesz wtedy słuchać... głowy!


Głowa Ci powie: tego nie wolno Ci zrobić, bo zranisz innych, a w energii będzie kompletnie coś innego - tak, to wymaga wprawy i ogromnego zaufania do siebie!


www.pixabay.com
Czym jest dla mnie Królestwo NAS?

Dokładnie tym, że jeśli zadaję pytanie, nie zapominam o tym, że jestem z tym wszystkim, co dookoła mnie, połączona, ale nie w sensie negatywnym, ale takim, że jeśli ja zrobię XYZ, ktoś obok mnie lub tysiące kilometrów ode mnie skorzysta z tej energii i przestrzeni, którą dzięki temu stworzę.

Dla mnie Królestwo NAS to od momentu świrusa jakaś podstawa kreacji... czy jeśli umieszczę to zdjęcie na FB, to prócz mnie, ktoś na tym skorzysta? 


Bo ten czas nauczył mnie, że choć ja mogę WIEDZIEĆ, mieć świadomość, wybierać więcej, to inni mają najświętsze prawo się bać, wiedzieć swoje i wybierać to, co im na ten moment pracuje. Bez przekonywania siebie, bez racji, bez tego poczucia, że ja jestem teraz PONAD, a Ty całuj berło!

Nie!

To, że nie wszystko, co nas otacza, zaprasza mnie do strachu, nie oznacza, że mój świat nie może zaprosić twojego świata i w tej przestrzeni nie może zadziać  się... MAGIA.

A może właśnie... może!

Jaką magią możesz być dla mnie?

Jaką magią ja mogę być dla Ciebie?

Królestwo NAS... zamiast czubka własnego nosa <3  

Królestwo NAS... by wciąż pamiętać, że nie jesteśmy w tym wszystkim.... SAMI.

czwartek, 30 kwietnia 2020

To wszystko wcześniej czy później wróci na stare tory... trzeba będzie wyjść z domu...

Spacerując dziś po parku dotarło do mnie, że wszystko powoli wraca na stare tory. 

Część z Nas pomału odmraża swoje Ciała z ponad miesięcznego siedzenia w domu, a część wciąż w tych domach siedzi i myśl o powrocie zwyczajnie ich przeraża. 

Opowiem Wam coś, czego doświadczyłam kiedyś w górach...

10 sierpnia 2013 rok
To była samotna wędrówka na Szpiglasowy Wierch z Morskiego Oka w kierunku Doliny Pięciu Stawów. 

Do szczytu pogoda była idealna, ale to, co spotkało mnie przy zejściu, ździebko mnie zaskoczyło. 

Ogromna mgła, mokre skały i łańcuchy.

Nie byłam przygotowana psychicznie na ten widok.

Na początku radziłam sobie nieźle, aż do momentu, w którym stojąc przodem do kierunku schodzenia poczułam w ułamku sekundy, jak mój ośmiokilogramowy plecak przechyla mnie do przodu, a ja coraz bardziej tracę pion.

Nie wiem... naprawdę nie wiem, jakim cudem z tego wyszłam, ale ktoś lub coś chwyciło mnie wtedy za plecak i skierowało moje ciało w kierunku skał.

Kimkolwiek... czymkolwiek wtedy byłe(a)ś... ja Ci nigdy za to nie podziękowałam, a dzięki Tobie... ŻYJĘ!

Przeraziłam się i to na poważnie.

Mocno przytuliłam do skał, złapałam łańcuchy, ile sił w dłoniach i poczułam jak z każdą sekundą moje nogi stają się jak z waty, a strach i panika centymetr po centymetrze zabierają moje ciało. Na szczęście odezwał się głos rozsądku:

10 sierpnia 2013 rok
"Musisz się teraz ruszyć. TERAZ, bo z każdą sekundą Twoje nogi coraz bardziej przestaną Cię słuchać, a Ty tam utkniesz na zawsze."

A że uznałam, że to byłaby niezła siara utknąć tak na łańcuchach (zwłaszcza, że w Dolinie Pięciu Stawów nie ma zasięgu!), postanowiłam ruszyć się z miejsca, choć bliżej mi było do paraliżu, aniżeli do radości istnienia.

Wiecie, jak wyprowadziłam się z tego stanu?

Mówiłam do siebie najcieplejszym głosem, jakim mogłam: "Tak Natalko, bardzo dobrze, tu się trzymaj... taaaak, przesuń prawą nogę niżej... świetnie..." i tak w totalnym połączeniu z samą sobą zeszłam na taką wysokość, gdzie ujrzałam turystów, którzy czekali, aż zwolnię łańcuchy... a że to już w ogóle byłoby siarą przy obcych panikować, szybko złapałam pion i na ledwo zipiących nogach zeszłam na dół.

Dlaczego o tym opowiadam... wielu ludzi dookoła nas odczuwa coś podobnego.

Myśl o odmrożeniu gospodarki, otwarciu miejsc pracy, galerii czy szkół zwyczajnie ich przeraża.

I teraz kieruję te słowa do Was, ale również do waszego otoczenia.

To wszystko wcześniej czy później wróci na stare tory... trzeba będzie wyjść z domu... im dłużej będziesz zwlekać z oswajaniem swojego strachu, tym trudniejsze się to stanie. 

Wiem... naprawdę wiem, co mówię... nauczyły mnie tego Góry i ten Ktoś, komu zależało, żebym nadal żyła.

Wcześniej czy później to wszystko wróci na stare tory, więc centymetr po centymetrze oswajaj siebie, swoje ciało i swój strach. 

A w razie czego... bardzo chętnie przejdę się z Tobą na spacer... a calutki Wszechświat poproszę o posiłki, by stanęły za nami murem tak, jak coś stanęło wtedy za mną pod Szpiglasowym... ale też czuwało nade mną, kiedy podczas innej wędrówki zsunęłam się ze szlaku <3 

Nigdy Wam za to nie podziękowałam... a dzięki Wam... ŻYJĘ!

Nie opisywałam tego wcześniej z tak wielką świadomością tego, co się wtedy stało, bo niby pamiętałam to fragment po fragmencie, ale schowałam ten opis gdzieś głęboko w sercu i podczas jednego z procesów (MTVSS), jakie mi mój wspaniały znajomy robił na Ciało, wszystko do mnie wróciło.... tak, doskonale wiem, czym jest stan paniki... co to znaczy bać się tak, że nogi, ciało odmawiają Ci posłuszeństwa. Trzeba wtedy ruszyć z miejsca... choćby na centymetr... a potem na następny... następny i następny...

Góry... moje góry... nawet nie wiecie jak cholernie jestem Wam wdzięczna... DZIĘKUJĘ <3 

Nie byłabym dzisiaj tym, kim jestem, gdyby nie WY... a teraz pozwólcie, że sobie popłaczę, bo moja wdzięczność sięga myślami na te wszystkie szlaki, na te wszystkie momenty, gdzie stawałyście za moimi plecami, chwytałyście mój plecak i dzięki temu... ŻYJĘ! 

A przypominam sobie o tym wszystkim dzień po obejrzeniu filmu AVATAR... czyli jednak wiem, czym jest prawdziwa komunia z Ziemią... wiem, tylko gdzieś po drodze o tym zapomniałam.

DZIĘKUJĘ... po prostu cholernie Wam za to dziękuję <3  

piątek, 24 kwietnia 2020

Możesz czyścić coś godzinami... a możesz to po prostu wyprać!

Postanowiłam kilka dni temu, że w końcu wyczyszczę kanapę z plam, plamek i innych, które narobiłam w ciągu ostatnich 2 lat wynajmowania mieszkania na Ursynowie.

I tak czyściłam na różne sposoby to dzień, dwa, a plamy z małych stawały się coraz większe. Znacie to? Chcesz dobrze, chcesz się plamki pozbyć, a ona rozpływa się i staje dwa razy większa.

"O losie, o Bogowie, czym ja mam to wyczyścić?"

I tak myślałam... i tak pytania zadawałam i nagle coś mnie tknęło, żeby podnieść materac do góry... a tam???

Zamek ujrzałam... taki wiecie jak w spodniach i po nitce do kłębka doszłam do wniosku, że mam do czynienia z materiałowym pokrowcem i wystarczy go zdjąć, wsadzić do pralki i albo będę musiała odkupować całe łóżko albo "Uratowani - Booocian!".

www.pixabay.com
Na szczęście pranie zadziałało i moim oczom ukazał się całkiem nieźle wyglądający pokrowiec, na pewno dużo lepiej niż z tymi plamami-gigantami.

Uratowana... a potem przyszedł czas na refleksję i na kolejne pytanie:

Gdzie jeszcze czyszczę, grzebię i pocę się przy tym okrutnie, 
a wystarczyłoby zdjąć pokrowiec i go po prostu uprać?

Gdzie jeszcze utrudniam sobie wywabianie plam, 
zamiast użyć do tego narzędzi, które dają łatwość, lekkość 
i nie wymagają pracy dłuższej niż 5 minut?

I tak od pokrowca doszłam do wniosku, że życie to jednak ma być proste, lekkie i przyjemne, a jeśli mam w nim wciąż pod górkę, widocznie coś w tym niezwykle kocham, skoro to wybieram.

Możesz czyścić coś godzinami... a możesz to po prostu wyprać!

wtorek, 21 kwietnia 2020

A co jeśli nikt z nas nie ma racji???

A co jeśli nikt z nas nie ma racji???

A co jeśli wszyscy mają rację?

A co jeśli to nie o rację w tym wszystkim chodzi?

Przekonywanie się, przepychanie, podział na tych obudzonych, oświeconych (z pozoru!) i tych przestraszonych. 

Jak nosisz maseczkę to...

Jak nie nosisz to...

Jak wierzysz w wirusa i zagrożenia z nim związane to...

Jak nie wierzysz to...

Ludzie... wy tak na serio?

A może nikt z nas nie ma racji... mając ją jednocześnie?

Lepiej się czujesz krzycząc na cały głos, że ludzie dali się zmanipulować?

Lepiej Ci w Twoim oświeceniu i przebudzeniu?

A Tobie lżej, kiedy przeginasz z higieną i odstępem od ludzi tak, jakbyś chciał nadrobić lata niemycia rąk i niedbania o czystość klamek... o odbudowywaniu odporności zaniedbywanej przez lata nie wspomnę?

Co wy ludzie chcecie sobie nawzajem udowodnić?

A co jeśli... wszyscy ... absolutnie wszyscy zostaliśmy... zmanipulowani?

A co jeśli NIKT... absolutnie nikt z nas nie ma racji lub racja jest po każdej ze stron jednocześnie?

Prawdę mówiąc teraz mam czas, że najchętniej poszłabym spać i obudźcie mnie, jak ustalicie, kto miał rację. 

A jak nie ustalicie... też mnie obudźcie, ale dopiero wtedy, gdy otworzą nam w końcu... pływalnie i sauny... bo tego mi brak i to bardzo <3 

www.pixabay.com

sobota, 18 kwietnia 2020

Jeśli ta maseczka jest czymś, co przyniesie Ci spokój, chętnie ją na siebie nałożę...

Kiedy wprowadzane w życie jest coś, z czym nie do końca się zgadzam, a do tego wieki byłam buntownikiem dla zasady, zastanawiam się na serio, co z tym zrobić, bo wiem, że walka nie jest już tym, co wybieram.

Wciąż zadaję pytania, zastanawiam się, jak my jako ludzie możemy się dzisiaj w tym wszystkim spotkać, żeby było nam prościej.

www.pixabay.com

Tak jak pisałam w poprzednim poście, przekonywanie siebie, przeciąganie na czyjąś stronę już nie działa, więc ja się na spokojnie pytam:

Jaki jest następny krok? 

Co możemy zrobić, by być dla siebie wsparciem?



I choć do maseczki mam więcej "ALE" niż przekonania, że jest ona dobra, to zakładam ją, kiedy obok mnie są ludzie... a wiesz czemu?

Bo wśród nas są ci, którzy naprawdę boją się i dla których widok mnie bez maseczki ten strach prędzej podkręci, aniżeli zaprosi do tego, by maseczkę zdjąć.

Dlatego jeśli na pytanie: 

Jakim ja wkładem mogę być dla Ciebie na ten moment?

Masz szybką odpowiedź w głowie: załóż proszę maseczkę, czuję się wtedy bezpieczniej!

To z radością to dla Ciebie zrobię... a Ty proszę Cię... jeśli chcesz być wkładem dla mnie, uśmiechnij się pod swoją maseczką... może nie zobaczę Twoich ust, ale Twoje oczy przytulą mnie czule.

A ja kiedy odejdę od Ciebie na odległość większą niż kilka metrów pozwolę sobie zsunąć to, czym zakrywam usta i nos nie dlatego, że chcę komukolwiek udowadniać, jakie to głupie, ale dlatego, że się pod tym po prostu duszę. 

I proszę Cię... jeśli i Ty dusisz się pod tym przykryciem... zsuń to z twarzy chociaż na chwilę i weź kilka głębokich wdechów, kiedy nikt nie widzi, kiedy jesteś sam(a).

Jeśli ta maseczka jest czymś, co przyniesie Ci spokój, chętnie ją na siebie nałożę, a Ty uśmiechnij się do mnie i pozwól mi wziąć kilka wdechów, kiedy stoję daleko od Ciebie i niczym Ci nie zagrażam.

Bądźmy w tym razem zamiast szukać walki i udowadniania sobie, kto mądry, a kto głupi.

Może wszyscy jesteśmy w tym na swój sposób mądrzy... i jednocześnie... na swój sposób... głupi.


wtorek, 14 kwietnia 2020

Czy prosiłeś kiedykolwiek Wszechświat o... wsparcie...?

Czy prosiłeś kiedykolwiek Wszechświat o... wsparcie, kiedy nic innego nie pomaga?

Nie pamiętam, w której książce o tym przeczytałam, ale byłam wielce zaskoczona, że tak po prostu mogę to wywrzeszczeć i kurna mam to dostać... już... natychmiast... na wczoraj!

Wczoraj dokładnie o to poprosiłam, bo ilość rzeczy, jakie zaczęły wychodzić na zewnątrz, wydawała się nie do udźwignięcia i wiedziałam, że jak coś zaraz murem za mną nie stanie, to będzie ze mną kiepsko.

Poprosiłam... i powiem Wam... to, jak wiele dostałam od wczoraj, nie da się tego wycenić!

A wystarczyło trochę wrzasnąć, poprosić o mur wsparcia i go po prostu otrzymać.

www.pixabay.com

Jakby to było wiedzieć, że nigdy nie zostajemy z troskami sami?

Jakby to było wiedzieć, że wystarczy poprosić o posiłki, 
a one zjawią się w takiej ilości, o jakiej nie śniliśmy?

Wczoraj otrzymałam wiele ciepłych słów od ludzi, a dziś dowiedziałam się, że skoro mieszkam w Warszawie, to muszę być... bogata... no skoro tak ktoś uważa... tak sądzi... ma rację!

Wszechświecie, dziękuję... fajnie, że jesteś!

Czym jeszcze pięknym mnie dzisiaj obdarujesz?

I jakie jeszcze cudowności masz dzisiaj dla mnie?

Przyjacielu... dziękuję <3 

sobota, 11 kwietnia 2020

A co jeśli to Twoja jedna myśl ma moc milionów?

Są takie teksty... słowa, które brzmią w mojej głowie tak głośno, że są mnie w stanie obudzić o 3 w nocy i nie pozwolić na dalszy sen.

A że wprost nie cierpię przewracać się z boku na bok, wstałam, włączyłam czajnik, światło, komputer i zabrałam się do dzieła.

A co jeśli to TY możesz zmienić wszystko, co nas otacza?

A co jeśli to Twoja jedna myśl ma moc milionów?

Dlaczego zakładamy z góry, że skoro setki dookoła nas nie są gotowe na wybór zmiany, to nasz wybór zmiany nie ma znaczenia...?

Wdech... wydech... powtórzę jeszcze raz!

fot. Grzegorz Zdrójkowski

Dlaczego zakładamy z góry, że skoro setki dookoła nas nie są gotowe na wybór zmiany, to nasz wybór zmiany nie ma znaczenia...?

Wiesz, co to z góry zakłada?

Że większość rewelacyjnych idei... filozofii czy biznesów tego świata (o religiach nie wspomnę!) nie miałaby szansy powstać! 

Bo ktoś z góry założyłby, że skoro jest jeden i jako jeden jedyny widzi możliwości, których nikt inny nie widzi, nie ma szans, by się z nimi przebić do świata!

A co jeśli to TWOJA JEDNA MYŚL 
może dokonać zmiany wszystkiego, co nas otacza?

Więcej nie skomentuję... nie napiszę... jest prawie czwarta w nocy, powinnam grzecznie spać... a mnie ta jedna myśl, jedno pytanie zmusiło do tego, by nadać jej MOC...

Dziękuję, że mnie obudziłaś <3 

A co jeśli jako jednostki mamy większą moc, 
niż nam się wydaje?

fot. Grzegorz Zdrójkowski

poniedziałek, 30 marca 2020

Ja tam wolę windą moi mili...

Z (nie)przypadkowych wymian zdań ze znajomymi rodzą się perły.

Znajomy zaczyna opowieść:

- Wiem, że w tym życiu mam wiele do zrobienia i to trochę wygląda jak wspinaczka po ogromnym wieżowcu... bez zabezpieczenia... i na dodatek... bez odpowiednich szkoleń.

Oczami wyobraźni zobaczyłam ów wieżowiec i odpowiedziałam:

- A jeśli to jest prostsze niż Ci się wydaje?

- Jak to?

- Ja tam w tym wieżowcu wolałabym skorzystać z windy.

Cisza...

- W wieżowcach są windy. Szybciej, bezpieczniej i nie wymaga to przygotowania.

Kolega grzecznie wstał, wziął notes i zapisał. 

Ja grzecznie wyprostowałam się, zadarłam nosek i pomyślałam:

www.pixabay.com
O mamo... jak my uwielbiamy sobie utrudniać rozwój... jak my uwielbiamy dokładać sobie (nawet w postaci metafory!) zadań, obowiązków i tego poczucia, że "hellloooo, nikt mnie na to nie przygotował!!!" 

No nie przygotował, ale skąd założenie, że to chodzi o przygotowanie, a nie o wybór... zmiany?

Nie wiem, jak WY, ale ja już mam powyżej dziurek w nosie zmiany i rozwoju, które są pełne trudu, znoju i cierpienia.

Ja tam wolę windą moi mili... wsiadasz? 

P.S. Więcej o jeżdżeniu windą i zmianach, które są dużo prostsze, niż nam mówiono, na Klasie BARS® i/lub podczas konsultacji indywidualnych on-line.

sobota, 21 marca 2020

... z łez tragedii mam w oczach łzy... wzruszenia...

Kiedy i mnie dopada czarno-myślenie, na chwilę zapadam się do swojej studni... bo mogę... bo mam do tego prawo!

I jeśli kiedykolwiek, jakikolwiek terapeuta, pomagacz, znachor powie Ci, że On już od lat nie odwiedza swojej studni, że pokój, spokój i radość wiekuista... wiej! Łże w żywe oczy!

www.pixabay.com
Wracając do studni... rozmawiam dziś z tatą i nagle mówię:

"Kocham swoje życie, wolność, pracę z ludźmi, jeżdżenie, pływalnię dwa razy w tygodniu, saunę... a teraz tego nie mam... wiesz Tato, jakby mnie od respiratora ktoś na siłę odłączył"... chlip chlip chlip... no urocze to było muszę przyznać, choć w momencie rozmowy usta do śmiechu nie za bardzo chciały się wyginać.

Wracam do domu z tym respiratorem w myślach i nagle BACH!

K. ogarnij się!

Kiedy kogoś odłączają od respiratora, to znaczy, że może SAMODZIELNIE oddychać... słyszysz???? 

SA-MO-DZIEL-NIE!!!

Woooooow... poczułam się jakbym odkryła 17 nowych pierwiastków, 3 kontynenty i dwie planety... jednocześnie!

I powstało kolejne pytanie...

A może to nie jest odłączenie od oddechu, 
ALE przekierowanie na swój własny?

A może to nie jest śmierć, ALE zupełnie nowe życie?

Nie jestem w stanie wyrazić wdzięczności jaką mam za te Accessowe pytania... odwiedziłam studnię, podlałam kwiatki i wyskoczyłam z niej w takim tempie, jakby mi życie mówiło:

"Hej Mała, oddychaj... biegaj... działaj... sprzęt już Ci nie jest do niczego potrzebny!"

Do czegokolwiek mnie to zaprasza... wchodzę w ciemno <3

P.S. Wszechświecie... Ty to potrafisz wysyłać tak piękne zaproszenia, że z łez tragedii mam w oczach łzy... wzruszenia... <3 

piątek, 20 marca 2020

A wtedy śmierć stanie się częścią życia...

Wirus w koronie konfrontuje z różnymi tematami. 

Jednym z trudniejszych tematów, z jakim każdy z nas musi się zmierzyć, jest temat śmierci.

Ktoś kiedyś powiedział (wybaczcie, nie pamiętam, kto i kiedy), że umieramy tak, jak żyjemy... trudno się z tym nie zgodzić, dlatego na pytanie:

Jak oswoić lęk przed śmiercią?

odpowiadam

Zacznij od oswajania lęku... przed życiem.

Ludzkich historii słucham od ponad 10 lat i to, co często się w nich powtarza, to strach przed wyborem ŻYCIA.

I żeby była jasność to, co dla mnie to słowo oznacza, dla Ciebie może być czymś zupełnie innym. 

Jakby to było przestać się bać doświadczania siebie?

Jakby to było przestać się bać doświadczania życia?

Jakby to było przestać się bać doświadczania szczęścia?

Dla mnie wszystkie trzy wyżej wymienione to jedynie... WYBÓR, który w momencie dokonania sprawia, że po prostu chce się żyć.

Czy Tobie chce się... żyć... skakać... 
radować... cieszyć się wiosną... ludźmi dookoła?

Jeśli na żadne z powyższych nie odpowiedziałeś TAK... zaczęłabym temat od tego.

Przestaniesz bać się śmierci, gdy przestaniesz bać się życia.

Przestaniesz bać się śmierci, kiedy w życiu zapragniesz więcej... smakować, czuć, dotykać... BYĆ.

A wtedy śmierć stanie się częścią życia... 
... a życie stanie się częścią śmierci...

www.pixabay.com

piątek, 13 marca 2020

"Wreszcie wśród w swoich!"

Kiedy wywołujesz Pluskwy do tablicy wiedz, że sporo ryzykujesz!

Kiedy wywołujesz N. do tablicy wiedz, że czeka Cię... Przygoda!

"Było ciepłe lato... choć czasem padało..." znałam wtedy Access, ale ledwo, wciąż mało...

To był wyjazd do Poznania... chyba jeden jedyny jaki miałam, więc sami rozumiecie... Poznań będzie na wieki wieków oznaczał dla mnie... Pluskwy :P

Miałam jechać na kurs masażu, a że wtedy jeszcze kupno biletu na pociąg wyższej klasy niż TLK stanowiło dla mnie spore wyzwanie (bardziej dla głowy, niż dla portfela), to postanowiłam w ramach oszczędzania.... bo przecież tyle hajsu poszło na jeden bilet (powrotny był w TLK), że teraz muszę to nadrobić kupując nocleg w... hostelu.

Cieszę się, że mogę opowiedzieć to Wam, bo jako częsty Pasażer Pendolino widzę, jaką niesamowitą drogę przeszłam i to, co dziś jest dla mnie oczywiste (standard podroży!), kiedyś było ogromnym wyzwaniem. 

Pierwszej a może drugiej nocy spędzonej jak za starych, dobrych górskich czasów w pokoju wieloosobowych, wykreowałam sobie... najeb**** Hiszpana, który odlał się na środku pokoju i... pluskwy, które mnie pogryzły na twarzy, rękach i nogach.

Poszłam na drugi dzień na kurs... i wiedziałam, że jedyne, co mi pozostaje, to zadać pytanie:

"Pluskwy, żyjątka moje, jakiej chcecie mi dostarczyć świadomości?
Dziękuję Wam za to, że mnie pogryzłyście!"

Bez jaj... naprawdę tak powiedziałam. Wdzięczność za nie mam do dziś <3

Ostatni dzień kursu rozpoczęłam od śniadania... jak się potem okazało w restauracji, która mieściła się przy hotelu trzy, a może czterogwiazdkowym.

Siedzę sobie w energii studenckiej i widzę jak do restauracji wchodzą eleganccy Mężczyźni... nesesery... kapelusze... sygnety itp.

Moja pierwsza myśl: "Wreszcie wśród w swoich!"

Moja druga myśl pełna łez wzruszenia spłynęła natychmiast: "Ja sobie nie pozwalam na energię bogactwa w moim życiu... cudownie, że mi to pokazałyście."

I tak z pogryzioną twarzą poszłam na ostatni dzień kursu... do Warszawy wracałam TLK tak zatłoczonym, z takimi zapachami z WC (czego już dzisiaj nie ma, bo co jak co, ALE TLK bardzo poprawiło swoje składy!), że wiedziałam, że chcę czegoś innego...

Temat pozwalania sobie na luksus... dobrobyt... wygodę i przyjemność życia to wciąż temat, który do mnie wraca... baaaardzo dużo w jego oswajaniu zawdzięczam Pendolino... <3

Ale to, co zawdzięczam pociągom i jak wiele świadomości mi one dają, to już zupełnie inna historia...

Pluskwy... Skarby Wy Moje... dziękuję! 

Jeszcze dziś mam za Was łzy wdzięczności w oczach... <3 

www.pixabay.com

środa, 4 marca 2020

"...świat się nie zawali, ludzie nie poginą..."

Miałam wczoraj intensywny dzień zarówno do strony czysto fizycznej jak i ilości pracy. 

Padłam przed 22!

Rano otwieram oczy, niby nie mam problemu, żeby wstać, ALE czuję, że całe moje Ciało jest zwyczajnie fizycznie zmęczone.

I w głowie rodzi się pytanie...

Iść na pływalnię czy nie iść??!!

10 minut zajęło mi podjęcie decyzji, walka była zażarta pomiędzy potrzebą odpoczynku, a "potrzebą" treningu.

W końcu wstałam, pojechałam i doszłam do wniosku, że mam już ponad 30 lat i nic nikomu nie muszę udowadniać. 

Moim zawodem nie jest bycie sportowcem, więc ciągłe poprawianie wyników nie jest moim celem, więc z czym ja właściwie mam problem??!!

Popływałam 22 minuty, a pozostałe 8 spędziłam w cieplejszej części pływalni, rozkoszując się biczami, by na koniec rozgrzać się w jacuzzi... o mój Ty Panie tego właśnie potrzebowało moje Ciało.

Choć smak ostrego treningu znam doskonale, uprawiałam nie jeden sport, hektolitry potu wypociłam nie raz, ale wtedy byłam młoda, waleczna i chciałam udowodnić, co to ja nie jestem.

Dziś udowodniłam, że jestem dla siebie i swojego Ciała po prostu Przyjacielem <3

Trening???

Na co mi to... ja nie startuję w zawodach, nie muszę być wciąż lepsza, naprawdę 1 km, który z reguły przepłynę w ciągu 30 minut w zupełności mi wystarcza... ja krótka jestem, mam parę w rękach, w nogach niewiele, ja się naprawdę już z nikim nie muszę ścigać... ale byłoby miło jakbyś mi ustąpił, kiedy pływam od Ciebie szybciej :P

www.pixabay.com
Być może w piątek ominę jacuzzi i zaszaleję na torze, a nawet jak nie... to świat się nie zawali, ludzie nie poginą, a ja wciąż będę tą wspaniałością siebie, którą jestem.

Odpuść Człowieku... mówię Ci to ja wieczna Wojowniczka, Wyścigówka i Udowadniaczka nie wiadomo czego.

Ja odpuszczam... 600 m w zupełności mi dzisiaj wystarczy <3

Cudownego dnia dla Was i Waszych Ciał! 

Odpuść... 

sobota, 8 lutego 2020

... poproś o kogoś, kto Ci to dostarczy!

Kiedy nie otrzymałeś czegoś od swoich rodziców, poproś o kogoś, kto Ci to dostarczy!

Kiedy pracuję z dziećmi w świetlicy, które mają rodziców w klimacie "dają 500+, to zabiorę moje dziecię z domu dziecka" zastanawiam się, na ile te dzieci świadomie proszą o fajnych dorosłych i przy okazji... kim/czym mogę dla nich być, żeby dać im to, o co proszą.

Bo w psychoterapii opłakuje się to, czego nie dostało się od rodziców i niektórzy opłakują to prawie całe swoje dorosłe życie, zamiast stwierdzić: "Ok, ci ludzie mi tego nie dali i już nigdy nie dadzą, kto chce mnie tym obdarować?"

Piszę o tym nie bez powodu, bo doświadczam tego będąc po obu stronach... tej, która prosi o kogoś, kto obdaruje mnie tym, czego nie dostałam od Rodziców, bo oni tego nie dostali od swoich ( i to jest ok!) i tej, która obdarowywuje tych, którzy o taką mnie poproszą.

Bo jakby to było wiedzieć, że rozliczanie kogoś 
za coś nic nam nie da i zamiast tego prościej jest... 
poprosić o kogoś, kto nam to sprezentuje? 

I tak wracając do moich dzieci i do tysięcy, które przewinęły się przeze mnie w ciągu ostatnich 10 lat... jakby to było wiedzieć, że część z nich (a może wszystkie!) o mnie poprosiła... taką niby panią wychowawczynię, ale chcącą czasem pobyć... matką? W prawdzie najgorszą na świecie, bo czasem zapominam jak mają na imię, ale widać o ten szczegół nie poprosili Wszechświata :P A ja zawsze chętnie w tą rolę wejdę, bo ucząc dorosłych też często czuję się jak... matka... więc... 

Jakby to było wiedzieć, że możemy o siebie... 
poprosić i skoro na to wcielenie wybraliśmy rodziców nieciekawych 
(klimat OPS, alkohol i inne), to możemy poprosić 
o ciekawych, mądrych i ważnych dorosłych? 

Ja tym się właśnie staję dla każdego młodego człowieka powyżej 9 r.ż., którego spotkam... i dla każdego dorosłego, który wymaga odrobiny wychowania... a za prawdę wam powiadam z dziećmi idzie prościej niż z dorosłymi, którzy dorośli są jedynie, bo ktoś im kiedyś wręczył dowód!

Gdyby spojrzeć na sprawy od tej strony, nagle patchworkowe rodziny stają się... magiczne... adopcja staje się... magiczna... dom dziecka ma ogromne szanse być... magiczny, bo już nie skupiasz się na tych, którzy zawalili, ale na tych, którzy chętnie obdarują dziecko tym, czego w domu już nigdy nie dostaną.


www.pixabay.com

Ale ja to dziwna jestem... ja zawsze widziałam magię tam, gdzie wszyscy widzą cierpienie i problemy...



Nie otrzymałeś czegoś w domu rodzinnym?
Poproś o ukazanie się kogoś, kto Ci to da (nawet na 5 minut!)?