czwartek, 18 grudnia 2014

... na Martin Place.../...on Martin Place...

Dziś otrzymałam maila z Sydney. 

Jeden z fragmentów był następujący: "I'm glad you weren't here then." [Cieszę się, że Cię wtedy tutaj nie było.] 

Wczoraj dotarło do mnie, że byłam w Sydney niecałe 4 tygodnie temu, a jedną z moich ulubionych form spędzania czasu, było przesiadywanie w kawiarniach. Nie robiłam tego często - droga kawa, drogi muffin, więc taki luksus fundowałam sobie raz na kilka dni. 

Wczoraj dotarło do mnie, że poniższe zdjęcia zrobione są na Martin Place, a że ja nie przywiązuję wagi do tego, co fotografuje zwłaszcza, jeśli chodzi o nazwy budynków i ulic, więc dopiero dzisiaj zaczęłam sprawdzać, jak ta ulica wygląda...



Australia dała mi wiele lekcji. Tych trudnych i tych zabawnych.

Jedną z trudniejszych, która trwa do dziś, jest lekcja pt.: "Śmierć".

Możecie mi wierzyć lub nie, ale o śmierci rozmawiałam tam statystycznie 2 razy w tygodniu, bo albo ktoś akurat umarł albo ktoś leciał do Melbourne na pogrzeb albo ktoś znał kogoś z Europy... kto umarł... temat śmierci towarzyszył mi przez cały wyjazd. 

I jedyna refleksja... (może mądra, może głupia), która jest ze mną od powrotu do Polski jest taka, że ciągle żyjemy tak, jakbyśmy mieli przed sobą 80 lat życia...

...w tym miesiącu nie mam dla Ciebie czasu... spotkam się z Tobą za 3 miesiące...
...zacznę podróżować wtedy, gdy...
...spełnię marzenia wtedy, gdy...
...powiem jej/jemu, że ją/jego kocham... wtedy, gdy...
...będę szczęśliwy wtedy, gdy...

I nie chodzi mi o to, żeby żyć w poczuciu, że śmierć na mnie czyha, czai się i w ogóle wszyscy i tak umrzemy, więc po co mam coś robić i być szczęśliwym.  

Nie, absolutnie nie... 

Myśląc dziś o śmierci, mam w sobie dużo spokoju i wdzięczności...

Wdzięczności, że mnie tam nie było i że być może mam jeszcze trochę czasu przed sobą... ale też spokoju, że bez względu na to, czy mam przed sobą 6 miesięcy życia, czy 60 lat... miałam odwagę spełnić swoje największe marzenie i dziś nie żałuję ani jednej decyzji w swoim życiu!!!

P.S. Moja Droga Śmierci... 
ja odnośnie tych 6 miesięcy... 

negocjujmy! 

Żartuję :)

Ściskam Cię :* 

Nat 

Do poczytania, do przemyślenia, do popłakania :)

----------------------------------------------------

Today I got an e-mail from Sydney.

"I'm glad you weren't here then."... it was the most powerful sentence...

Yesterday I realized that I was in Sydney 4 weeks ago and one of my favorite way of spending time was going to the coffeehouses, drinking coffee and so on. I didn't do it very often - coffee was expensive, muffins were expensive, so it was a "gift" for myself which I got every once in a while. 

Yesterday I realized that photographs which you can see below were made on Martin Place... I've just realized it now because I didn't care about the names of the buildings and the streets when I was taking photos... I always don't care about it... 



Australia gave me a lot of lessons. The hard ones and also the fun ones :)


One of the most difficult lesson was called: "The death". 

You can believe me or not but when I was in Australia I was talking about it very very often... because someone had just died or one of my host had to fly to Melbourne to the funeral or another host knew someone who had been from Europe and had died... 

And when I'm thinking about it, I have one thought... maybe stupid, maybe not... that we still live like people who think they will be living next 80 years... 

...this month I'm so busy and cannot meet with you... let's meet in 3 months from now...
...I will be traveling if...
...I will tell you "I love you" if...
...I will be happy... if...
...I will make my dreams come true... if...

And I don't want to say: "Be afraid of the Death, wait for Her because She is waiting for you... and don't do anything... because everybody dies!" 
No no no no no no!

When I'm thinking about Her today I feel calm and gratefulness :)

Why gratefulness? 

Because I wasn't there... because probably I still have time... 

Calm... because even if I have only 6 months on this planet or maybe 60 years (I have no idea! nobody knows!) I was brave enough to make my dreams come true and today I live without any regrets!!!

P.S. My Dear Death...
I really want to talk with you 
about these 6 months...

Can we negotiate???

Ha ha ha, I'm joking :)

Hugs for you :*

Nat 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

"Skup się...!" / "Be concentrated..."

Już drugi tydzień latam na zajęcia teoretyczne z prawka i chciałam powiedzieć, że na ulicach wygląda to znacznie prościej, aniżeli w teorii!

A poza tym uświadomiłam sobie, że wedle mojej życiowej zasady: "Jak wszyscy w prawo, to Ty w lewo!", robię prawo jazdy w najgorszym okresie, w jakim można je robić, a moja pierwsza jazda wypadnie na czas, kiedy ma lać, wiać i rzucać żabami z nieba... taaa, ale nikt przynajmniej o mnie nie powie, że "ma prawko, a wycieraczek włączyć nie umie!". Obawiam się, że manewr włączania i wyłączania wycieraczek opanuję do perfekcji! 

Czy mnie to przeraża? 

Prawdę mówiąc przerażona to ja byłam 12 października dzień przed wylotem do Australii (spytajcie rodziców, jak nie wierzycie!)... a prawo jazdy wywołuje we mnie 1/4 tego strachu, który mi wtedy towarzyszył.

Swoją drogą, cóż za ironia, że musiałam polecieć na koniec świata, żeby zrozumieć, jak bardzo (zwłaszcza na końcu świata!) przydaje się prawo jazdy!!! Oj bardzo! Jak wrócę do Austr... znaczy się... z resztą... nieważne!

Miałam w weekend zjazd ze studentami. Przedmiot: "Pedagogika międzykulturowa". Rozmawialiśmy m.in. o szoku kulturowym.

- Czy ktoś z Was doświadczył SK? - zapytałam.

Pokiwali głowami.

- W którą stronę? Jak przyjechaliście tam? Czy jak wróciliście do Polski?

- Tam to nie - powiedział mężczyzna, który był 3 razy... w Afryce - ale tutaj za każdym razem. Rok potrzebowałem, żeby się zaaklimatyzować. A jak mi było źle, to jechałam na następną misję.

Cisza.

Prawo jazdy... prawo jazdy... skup się na prawie jazdy!


Tak na wszelki wypadek umieściłam... bo to Warszawa, 
tu się zdaje po kilka razy w zależności od pakietu szczęścia w życiu, 
jaki się posiada ;) 

---------------------------------------------------

It is my second week when I'm going on theoretical drivers lessons and believe me - the practice looks much easier than the theory!

Besides, I realized that I did what I always do every time. "When people want to turn left, Nat turns right."... sooo, I'm doing drivers lessons during the most difficult period of the year when the weather is changing very often and one day it rains and next it snows.... yep, but no one will tell about me that I will be a driver who cannot use the wipers!!! I'm sure that turning the wipers on and off will be my favorite activity!

Is it terrible for me?

No, it isn't. I was much more terrified one day before my flight to Australia (if you don't believe me ask my parents!)... going on the drivers lessons is only a quarter of that fear... so, no worries Nat! Everything will be ok :-)

Isn't it ironic, anyway, that I realized at the end of the world that a drive license is useful (especially... at the end of the world!). So if I want to go back to Austra... I mean... yyyy... never mind! 

On Saturday I had a workshop for the students. The subject: "Intercultural education". We were talking about a cultural shock.

- Have you ever felt it? - I asked.

They nodded.

- When it was? When you go back to Poland or maybe you get to a new place?

- When I went back to Poland - answered a man... who had been in Africa tree times!!! - I needed one year to feel comfortable in Poland and when I had a problem with it I decided to go on the next voluntary in Africa.

Yep... I heard only the silence in a classroom... 

So, Nat, please, be concentrated on your drive licence and just do it as fast as you can... please darling... just do it! 

"- Why you didn't pass the first time?
- Because they really want to meet again with the best drivers!"

In Poland especially in Warsaw you have to be lucky to pass the exam the first time... 
even if you are a great driver you have to find a great examiner ;-)

wtorek, 9 grudnia 2014

Kto ukradł słoneczko...

Co ratuje mnie, żeby nie popaść w otchłań rozpaczy wśród szarości dnia codziennego???


Muzyka... znów myślę o powrocie do tańca...

Rok temu też tak pomyślałam, co przyczyniło się do kupna biletów do Australii... hmmm... 

Nie umiem przywyknąć do braku słońca... codziennie rano budzę się i zastanawiam, kto ukradł słoneczko... paradoksalnie odżywam nocą, a w ciągu dnia najchętniej bym spała. 

Od dzisiaj zaczynam kurs na prawo jazdy, bo to jedyna rzecz, której jestem pewna. Innych decyzji nie podejmuję, zostawiam sobie czas na to, co przyniesie mi życie, a wierzę, że przyniesie mi to, co dla mnie dobre.

A poniżej mój ukochany film, jaki puszczam na zajęciach z pedagogiki międzykulturowej :D Tak mi się jakoś przypomniał po powrocie do Polski ;-)

Uwaga!!! Polacy pozbawieni dystansu do siebie, niechaj nie oglądają!!!

środa, 3 grudnia 2014

Spojrzałam w lustro i zaczęłam liczyć...

Rano miałam mocne postanowienie! 

Idę na jogę! Na astanga jogę!

Ubrana, spakowana, z czapką na głowie spojrzałam w lustro i zaczęłam liczyć... 

220 zł (foksal), które wydam na miesięczny karnet... tudzież 185 zł (astanga - Gałczyńskiego, jeśli podpiszę umowę na 3 miesiące!) mogłabym wydać na teatr... albo na kino ... albo na 2 dni pobytu gdzieś w Polsce czy Europie...

I z tymi kalkulacjami pochodziłam jeszcze z kilka minut po domu... na tyle długo, żeby się przypadkiem nie wyrobić na zajęcia, a przecież wpadać w ostatniej chwili to ja nie lubię... więc zdjęłam buty, kurtkę, czapkę i przebrałam się w strój do biegania, bo bieganiu można zarzucić wiele, ale na pewno nie to, że jest drogie! 

A wieczorem?

Wieczorem zarezerwowałam bilet do teatru. Właściwie dwa bilety. Dla mnie i dla przyjaciółki.

- K., kupiłaś mi już prezent pod choinkę? - spytałam ją wprost dwa dni temu.
- Nie - odpowiedziała - A co? Masz jakieś preferencje?
- Nie, po prostu pomyślałam, żebyśmy w ramach prezentów poszły sobie do teatru...

K. zgodziła się, a ja w tempie ekspresowym przejrzałam repertuar kilku teatrów, wysłałam jej z 10 propozycji, które wydawały mi się ciekawe i po 2 dniach zarezerwowałam bilety.

Na 3 stycznia! 

W ramach prezentu podwójnego gwiazdkowo - noworocznego!


niedziela, 30 listopada 2014

"I will go to the table."

Trudno jest być w Polsce...

Idziesz ulicą, uśmiechasz się i nic... widzisz tylko miny ludzi, którzy patrzą na Ciebie jak na wariata...

Poszliśmy dziś z rodzicami do kawiarni.

Wchodzę, mówię "Dzień dobry!" (po polsku!), siadam przy stoliku, a że w tej kawiarni byłam po raz pierwszy i nie wiedziałam, czy zamawiać przy barze, czy ktoś do nas podejdzie, więc ruszyłam do baru.

- I will go to the table [Podejdę do stolika.] - powiedział przemiły chłopak.
- Może Pan po polsku do nas mówić - odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy.
- Yyyy... - odpowiedział zaskoczony.

Następnie podszedł do naszego stolika, przyniósł kartę i powiedział:

- Myślałem, że Państwo jesteście cudzoziemcami. Polacy rzadko są tacy uśmiechnięci.

Na co ja inteligentnie odpowiedziałam.

- Niedawno wróciłam z Australii... jeszcze się nie przestawiłam na tryb polski.

A potem poczułam ogromny smutek... 

Nie, nie przestawię się na tryb polski... nie ma mowy... choćby mnie nadal mierzono wzrokiem... choćby nadal ludzie uważali mnie za wariatkę... nie przestawię się... 

[weź jeden uśmiech... bo uśmiech jest za darmo]


It is difficult to be in Poland again...

You are walking down the street, smiling to people and see nothing... see only that people look at you like on a crazy person!

Today I went with my parents to the coffeehouse.

I said "Good evening!" (in Polish!), set down at the table and waited. I had never been to that place so I didn't know where can I order something to drink. 

I went to the counter and heard... in English:

- I will go to the table - a nice guy said.

- You can use Polish if you want - I replied in my mother tongue and smiled.

- Yyyy... - he was shocked.

Then he went to our table with menu and said:

- I thought that you were foreigners. Polish people smile very rare.

- I've just arrived from Australia and haven't gone back to Polish style yet - I said.

... and I was sitting at the table and... I was blue... 

No! 

I don't want to change it! 

I will be smiling to people all the time even if they treat me like a crazy girl... 

I don't care... sorry Poland! I won't change it...  


czwartek, 27 listopada 2014

"Serce milczy, a więc to znak, że dzieło zostało ukończone."

Moja podróż nie dobiegła jeszcze końca... i mam nadzieję, że nigdy nie dobiegnie , a to czego nauczyła mnie Australia, zostanie we mnie do końca moich dni bez względu na to, czy Góra pozostawiła mi ich dużo czy malutko. 

Wczoraj wyciągnęłam farby... w których nota bene rodzice zrobili mi porządek. Były poukładane równiutko w pudełku.

Wyciągnęłam farby, drewniane, nieudolnie pomalowane pudełko, drewniany kolczyk i brelok w kształcie sowy.

Zamalowałam pierwsze dwa na czarno, poczekałam, aż wyschnie i zaczęłam stawiać kropki.

A że nigdy nie wiesz, w jakim kierunku to Cię zaprowadzi, więc stawiłam je tam, gdzie serce mówiło "Postaw!". I wyszły z tego poniższe dzieła. 

Górną część pudełka uważam za zakończoną, kolczyk również. 

Serce milczy, a więc to znak, że dzieło zostało ukończone. 




Nie umieszczam jeszcze zdjęć z podróży, nie garnę się do spotkań, bo nie jestem na to gotowa. 

Potrzebuję czasu, żeby usiąść do zdjęć na spokojnie,... ale już wiem, jak chcę je Wam pokazać. 

Powoli, niespiesznie, pokażę Wam dzień po dniu, miasto po miasteczku... niespiesznie, bo też Australia nauczyła mnie cierpliwości i spokoju.

I zrobię to w dwóch językach.

Taki mam plan!

środa, 26 listopada 2014

Doleciałam szczęśliwie do... Warszawy!

Dla tych, co nie mają konta na FB :)

Doleciałam szczęśliwie do... Warszawy!

Tak, jestem już w Warszawie, chociaż miałam tu dopiero dotrzeć w sobotę.

W Szanghaju uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem wyczerpana podróżą i jak bardzo marzę o powrocie do domu, wykąpaniu się i zjedzeniu czegoś ze swojej lodówki.... więc kupiłam na lotnisku we Frankfurcie pierwszy lepszy bilet do Warszawy płacąc za niego niemałe pieniądze... ale cóż, pewnie taką samą kwotę wydałabym na pobyt i dotarcie do Pragi... robiąc szybką kalkulację w głowie stwierdziłam, że wolę być szybciej w domu!

Jestem już w Warszawie, piszę ze swojego komputerka, mam wreszcie polskie znaki i padam na pyszczek... nigdy, przenigdy nie byłam tak zmęczona jak dzisiaj... i pomyśleć, że od razu po przylocie do Sydney (po 33h spędzonych w podróży) pobiegłam do centrum zwiedzać i spacerować... a teraz ledwo trafiam paluszkami w klawiaturę.

Cieszę się, że wróciłam wcześniej. I tak nie miałabym siły ani ochoty na Pragę... szczerze wątpię, żeby przebiła mój niedzielny pobyt w Royal National Park i pływanie w ocenie Poza tym mam więcej czasu, żeby nacieszyć się moim "małym" mieszkankiem (w Australii głównie mieszkałam w dużych domach! tam małe mieszkanka chyba nie istnieją), rodzicami i kochanymi Szczurami :)

Poza tym przeżyłam nie lada szok widząc na lotnisku śnieg... gdzie są te upały australijskie, ach gdzie, bo ja ciągle mam czerwoną skórę na plecach od niedzielnego byczenia się na plaży :)


niedziela, 23 listopada 2014

Thank you...

I leave Sydney tomorrow...

I spent in Australia 6 weeks... 6 beautiful, great weeks...

I met a lot of friendly and nice people...

I have left my heart in Fremantle... and also my towel ;)

It is the end of my travel in Australia but a new beginning in my life... I feel it and I know it...

My last day in Sydney I spent in The Royal National Park on bush walking, taking sunbath and swimming in the ocean... and it was the best summary of whole of my travel...

It was a very special travel for me... the first one in my life, the first time in Australia, the first time on my own... without plans... 

"Thank you"... it is not enough to say how grateful I am for people I met here...

Thank you very much for people I met and talk with them about life, happiness and sorrows...

I am so grateful for hours I spent with you on walking, talking and playing Scrabble...

Thank you very much for everything for:

Lisa and John from Sydney
Basia z Sawtell
Glenys from Perth
Dianne from Perth
Marni, Paul, Kassidy and Bella from Esperance
Basil from Denmark
Paul and his mum from Albany
Riz and his friends from Mandurah
Shirley and Ken from Fremantle
Cathy from Melbourne
Magda z Melbourne
Margaret from Camden
Marta z Sydney


I am sure that it is not my last visit in Australia... I have left my towel (and heart!) in Fremantle... I have to go back!!!! 

P.S. On Tuesday I will be in Germany (Frankfurt) and I want to buy a ticket to Prague... of course I have not bought it yet... and I have not booked anything in Prague... ha ha ha... 

I will be at home on 29th of November! 

Let's try to travel in Europe for four days!!!

piątek, 21 listopada 2014

Ciagle znajduje jakies ciuchy...

Plywalam dzis w oceanie… ale dzis nie o tym chcialabym napisac…

Na jednej z plaz, gdzie fale nie docieraly do brzegu, co niewatpliwie ulatwialo plywanie, widzialam dwie calujace sie pary.

Jedna, klasyczna: on + ona.

Druga, wyjatkowa: on + on.

Od razu pomyslalam sobie, ze w Polsce by to nie przeszlo...

Calujacy sie Geje to widok przepiekny. Dlugo zastanawialm sie, jak przeplynac obok nich, zeby im nie przeszkadzac...

Obawiam sie szoku kulturowego, kiedy wroce do Polski… co bedzie, kiedy wysiadajac z autobusu przez pomylke krzykne do kierowcy "Thank you!" [dziekuje!] albo wszystkim naokolo bede odpowiadala "No worries!" [nie ma problemu, nic sie nie stalo…] o usmiechaniu sie do wszytskich w autobusie i checi ucinania pogawedki z kazdym napotkanym na ulicy nie wspomne… 

… no i na dodatek w Polsce bedzie zimno… cholernie zimno…

… a dzis w Sydney bylo ponad 30 stopni…

… tak, powrot bedzie szokiem nie tylko dla mojego organizmu…

---------------------------------------------------------------------------------------

A teraz pora na czesc optymistyczna :)

Wlasciwie nie musialbym brac ze soba ciuchow do Australii, bo wszedzie je znajduje… ciagle mam ze soba znaleziony w Parku Narodowym kolo Esperance top, ktory lezal i nikt po niego nie szedl…

Ciagle znajduje jakies ciuchy albo reczniki… albo pieniadze na ulicy…

Hmmm, czyzby to byly znaki jakowes… bo jesli tak, to ja juz mam co do nich pewne wyjasnienie ;)

środa, 19 listopada 2014

NIE MA RZECZY NIEMOZLIWYCH

Zaczelam lubic Melbourne... mowie serio!

Wczoraj spotkalam sie z M. Nie widzialysmy sie jakies 20 lat.

Nie, nie przyjaznilysmy sie wtedy, bo trudno mowic o przyjazni, kiedy sie ma 7 czy 8 lat. Chodzilysmy do tej samej szkoly, do tej samej klasy. Nasza wychowawczynia byla Beata Witkowska-Adamska (ze tez czlowiek pamieta takie szczegoly po 20 latach!).

To byl czas, w ktorym fascynowalam sie programem Steva Irwina (chyba tak brzmi jego nazwisko?) i marzylam o Australii.

M. wyjechala z rodzicami na koniec swiata, a ja przez nastepne 20 lat zapomnialam o moich Antypodach... az do 2014 roku, kiedy to w styczniu stracilam prace...

Co bylo dalej, dlaczego kupilam bilety, to dluga historia na zupelnie inna opowiesc.

Dzis jestem w Melbourne (chociaz wierzcie mi, nie planowalam tu byc... po prostu bilet do Melbourne byl najtanszym biletem, ktory pozwolil mi  wydostac sie z zachodniego wybrzeza i wrocic do Sydney), a wczoraj spotkalam sie na koncu swiata z M. ... po 20 latach od ostatniego spotkania, za co jestem niezwykle wdzieczna Tobie M., jak i Gorze, ze mnie tu przyprowadzila... i bardzo, bardzo chcialabym Wam wszystkim powiedziec, a wrecz wykrzyczec, ze NIE MA RZECZY NIEMOZLIWYCH!!!

Jesli kiedykolwiek bedziesz miala/mial co do tego jakiekowliek watpliwosci, pomysl... o mnie (:D).

Kupilam bilety ledwo co straciwszy prace, nie mialam wtedy wystarczajacej ilosci pieniedzy, zeby spedzic w Australii 6 tygodni. Po 2 miesiacach znalazly sie pieniadze... i co najwazniejsze znalezli sie ludzie, ktorzy powtarzali mi: kupuj bilety! jedz do Australii!

Bez Was nie byloby mnie tutaj!

Bez Was nie siedzialabym w kawiarni w Melbourne, nie pilabym Australijskiej kawy i nie walczylabym ze lzami... bo jak sobie pomysle, ze za 4h opuszczam Melbourne (miasto, ktore jeszcze wzoraj rano tak bardzo mnie irytowalo... ale kto sie czubi ten sie lubi!), chce mi sie wyc...

Dlatego dziekuje Wam wszystkim... tym, z ktorymi mieszkam (Rodzice, kocham was!) i tym, z ktorymi spedzilam godziny na rozmowach o Australii (Dziewczyny... dziekuje!... tez Was kocham ;-) 

Bez Was nie byloby mnie tutaj - jest bardzo duze prawdopodobienstwo, ze stchorzylabym i nie kupila biletow na koniec swiata. Poza tym tylko Wy doskonale wiecie, jak bardzo bylam przerazona tym wyjazdem!

Niezwykle ciesze sie, ze Was niedlugo zobacze... ale jednoczesnie walcze ze lazmi, ze wyjezdzam z Melbourne... 

I wezcie to Kochani ogarnijcie, bo dla mnie to zbyt trudne... 

Kilka dni temu pisalam, jak bardzo nie lubie tego miasta, a dzis placze, ze je opuszczam... coz, za kobieta nie nadazysz ;)

P.S. Aaaaa i jeszcze jedna wazna rzecz! 

Niesamowite jest spotkac w Melbourne kobiety, ktore czuja i mysla tak jak ja, i ktore powtarzaja: "follow your heart!" [podazaj za swoim sercem!]... teraz zaczynam rozumiec, dlaczego Los rzucil mi bilety do Melbourne :)
 

poniedziałek, 17 listopada 2014

No, I have never been...

When I ask people from West Autralia: "Have you ever been to East part?", they answered: "Yes, of course." and we can talk whole day abut it...

When I ask people from East Australia: "Have you ever been to West part?", they answered: "No, I have never been."... it's sad, isn't it?

I left my heart in West Australia and I'm sure that the next travel... or maybe real come back will be to Perth...

So if anybody hear about nice job as au-pair or in a book shop in Fremantle, Esperance or Albany.... please write me :D  

Hugs and kisses for my Western friends
from cold Melbourne :***

P.S. Yesterday I saw real coala, in real forest... and they weren't sleeping!!!!  Amazing creatures! 

I have learnt in Busselton that even if you really don't like place it depends on you what you do with it... 

So in Melbourne I said to myself... "ok, you don't like this city and you have a ticket to Sydney on Thursday and you cannot change it... so do everything what you can, to spend that time like you want... so I paid for two tours (Great Ocean Road and Philip Island) and spend two days OUTSIDE Melbourne :D


Bez Pamieci Zakochana...

Oglaszam wszem i wobec, ze:

Great Ocean Road - zaliczone!

12 Apostolow - zaliczone! (wprawdzie teraz jest ich 8, ale lepsze to niz nic!)

Obserwowanie i fotografowanie koali, ktore.... NIE SPIA i zyja NA WOLNOSCI - zaliczone!

Karmienie papug - zaliczone!

Bycie turysta, ktorego ktos zawiezie, odwiezie i ktory na kazdym przystanku ma okolo 15 minut - zaliczone!

Plan na jutro brzmi: Philip Island iiiiiiiii PINGWINY!!!!!!!!!!!!!!!!

Melbourne... hmmm... niech Ci, co w nim mieszkaja wybacza mi to, co napisze, ale... 

Melbourne moje drogie, Twoj poziom eurpejskosci mnie zwalil z nog!!! Widzialam golebie i wroble, a ludzie trabia na siebie na ulicach... i jest zimno... zaledwie 12-15 stopni...

Przykro mi stary, nie polubimy sie ;)

Tesknie za zachodnim wybrzezem.... dacie wiare, ze kiedy pytam ludzi z zachodniego wybrzeza, gdzie byli, co widzieli na wschodnim, opowiadaja mi godzinami, jakie miasta zobaczyli... kiedy pytam ludzi ze wschodu Australii, czy byli w Perth... 90% odpowiada, ze nigdy nie byla na zachodnim wybrzezu... matko przenajswietsza... jakie to smutne... i dlatego sorry Melbourne i Sydney, ale moje serce nalezy do Zachodu i nastepny wyjazd nie wazne czy turystyczny czy inny... bedzie od razu bezposrednio do Perth :)

Taki jest plan!

Pozdrawiam Was

Bez Pamieci Zakochana... w Zachodnim Wybrzezu!

P.S. Jakby komus mignely tanie polaczenia do Perth, niech bedzie uprzejmy mi je wyslac na maila ;) 

A w ogole spotkalam dzis w moim busie, co to mnie zawiozl i odwiozl pare z Perth... ach, jakze bylo milo pogadac z nimi o tym cudownym miescie i o moim Fremantle :)

Milosci mojego zycia jeszcze nie znalazlam... ale jestem pewna, ze w tej czesci Australii z pewnoscia ona nie mieszka ;) To znaczy miejsce, ktore pokochalam uwazam za znalezione, ale chlopa jak nie bylo, tak nie ma! Coz... next time!

Sciskam Was... moja podroz w sensie fizycznym pomalu dobiega konca, w Pl powinnam byc najpozniej 29 listopada... ale w sensie filozoficznym jest to moj osobisty poczatek zycia... nie wiem jakiego, nie wiem gdzie... ale wiem, ze mojego :)

sobota, 15 listopada 2014

Aaaaa, we Fremantle zostawilam recznik!!!!!

Spedzilm noc na lotnisku w Melbourne... i jestem z tego dumna, zaoszczedzialm jakies 27 dolarow :P A poranny prysznic byl najwspanialszym pryszniciem na swiecie! W takiej tulaczce naprawde docenia sie goraca wode, smak herbaty i slodycz australijskiego muffina.

W Melbourne bede turystka... typowa, nudna, przewidywalna turystka. Jutro i pojutrze jade na wycieczke. Ktos mnie zawiezie, odwiezie i poda lunch. Szczypalam sie przez ostatnie 5 tygodni z kasa, to teraz moge zaszalec, prawda?

Tak bardzo chcialam odpoczac od Polski... i paletajac sie po Melbourne wpadlam w sam srodek festiwalu kultury polskiej.... taaa, jak milo jest pogadac po polsku z rowiesnikiem mieszkajacy tutaj od 3 roku zycia... umowilismy sie na 17... pytal, jak z praca w Polsce, bo chetnie by wrocil... no coz ja mu moglam odpowiedziec ;)

Wczoraj w Perth ktos powiedzial, ze moja podroz dobiega konca... na co moje serce stwierdzilo: "Nie, to dopiero poczatek mojej drogi!".

W samolocie przegadalam 3h z przemila kobieta... z tego rodzaju przemilych kobiet, ktore wiedza, co czujesz, po co jestes w Australii i co jest dla Ciebie wazne w zyciu... dalam jej na pozegnanie karteczke z cytatem, bo takowe zostawiam ludziom, ktorych poznalam, a ona obdarowala mnie australijskim banknotem...

Jest jedna rzecz, ktorej jestem pewna. Po powrocie robie prawo jazdy!

A reszta niech zostanie nadal zagadka... gdzie, dokad, po co i na jak dlugo...

Aaaaa, we Fremantle zostawilam recznik!!!! Nie ma opcji, musze tam wrocic ;)

Najpierw za pierwszym razem bedac w Perth zostawilam kostium kapielowy i ladowarke... a teraz recznik i to w hostelu, kolo ktorego przechodzilam 50 razy dziennie i dopiero w Melbourne sprawdzilam, czy aby na pewno spakowalam recznik... hahaha!

piątek, 14 listopada 2014

W Melbourne bede znowu turystka...

Dzisiaj opuszczam Fremantle...

W Melbourne bede znowu turystka...

W Melbourne, w ktorym nie moge znalezc noclegu!

Nie bylo problemem znalezienie go w Esperance (na koncu swiata!), w Albany (blisko konca swiata)... 

Byc moze swoja pierwsza noc spedze na lotnisku... wow! Nie moge sie doczekac :D 

Wczoraj spotkalam 3 Europejki: "Spotkajmy sie w Europie! Nasze kraje sa tak blisko siebie (Wielka Brytania, Holandia, Francja)... patrzac z perspektywy Australijskich dystansow miedzy miastami!" 

- "Trudno mi bedzie opuszczac Fremantle. Pokochalam to miejsce." - powiedzialam.
- "O taaak, wow, spojrz na siebie, kiedy o tym mowisz!"... 

Wczoraj mialam plan! Po warsztatach z drewna pojechac gdziestam... jasne, z galerii wyszlam po 14 i stwierdzilam, ze to bardzo glupi plan i wole isc na targ!

_____________________

Today I leave Fremantle ...

And in Melbourne I will be a tourist... again...

In Melbourne where I cannot find an accomodation!

I didn't have any problem with it in Esperance (at the end of the world!), Albany (close to the end of the world)... that's funny, isn't? 

Maybe I will spend my first night at the airport... wow! I'm so excited :D

Yesterday I met 3 European girls: "Let's meet in Europe! Everything is so close (Great Britain, Holland, France)... when we are thinking about Australian distances between the cities!"

- "It will be difficult to leave Fremantle. I really love this place." - I said.
- "Yeah... wow! Look at your face!"... 

I had a plan yesterday! After a wood workshop I wanted to go... somewhere... I left gallery after 2p.m. and I thought that my plan was absolutely stupid and I preferred to go on a Market!

czwartek, 13 listopada 2014

Co ja widze w tym Fremantle...

Jakby ktos pytal, co ja widze w tym Fremantle... chociaz prawde mowiac, Fremantle nie ma najpiekniejszej plazy na swiecie, ale co z tego :) 





Wylej farby na plotno i pomerdaj!




A tak wyglaja moje dziela, ktore stworzylam wczoraj. 

Nie wiem, jak wy, ale ja tam widze potencjal tworczy :D 

Dzielo pierwsze, niedokonczone, gdyz mialam zaledwie 20 minut do konca zajec.

Dzielo drugie robione technika najprostsza na swiecie (wylej farby na plotno i pomerdaj! a potem znowu wylej i pomerdaj i tak kilka, do kilkunastu razy) - skonczone... ale w zwiazku z tym, ze farby pracuja jakis czas do momentu wyschniecia, wiec nie mam pojecia, jak to bedzie wygladalo dzisiaj. 

A dzis bede robic w drewnie... i powroce czwarty raz do mojej Galerii Sztuki Aborygenskiej... 

środa, 12 listopada 2014

I know that I can't but I don't care!!!

Yesterday I was in Ukulele evening.

No, I didn't play... but I was singing the songs... I have heard the first time in my life.


I don't know where my home is... or maybe I know but I'm still too afraid to say it loudly...

I'm still in Fremantle and cannot leave this place. There is something in my legs what tells me: "stay here, don't leave, just stay".

Yesterday I was at a lecture about Aboriginal people, today I will be painting... with Aborigines... I know that I can't but I don't care!!!

Could you explain me why I can watch the birds the whole time?

Could you explain me why they are so fascinating?

Could you explain me who I am... because sometimes I really don't know... or maybe I know but I'm still to afraid to say it loudly...

---------------------------- 

Wczoraj bylam na wieczorze Ukulele.

Nie, nie gralam na Ukulele... ale spiewalam piosenki, ktore slyszalam po raz pierwszy w zyciu...

Nie wiem, gdzie jest moj dom... chociaz... moze to wiem, ale wciaz zbyt mocno boje sie powiedziec to na glos...

Nadal jestem we Fremantle i nie potrafie opuscic tego miejsca. Jest cos takiego w moich nogach, co mi mowi: "zostan tu, nie opuszczaj tego miejsca, po prostu zostan".

Wczoraj bylam na wykladzie o Aborygenach, dzisiaj ide malowac... z Aborygenami... wiem, ze nie potrafie, ale co z tego!!!

Czy ktos moglby mi wytlumaczyc, dlaczego moge obserwowac ptaki godzinami?

Czy ktos moglby mi wytlumaczyc, co jest w nich fascynujacego?

Czy ktos moglby mi wytlumaczyc, kim jestem... bo czasem naprawde tego nie wiem... chociaz... moze to wiem, ale wciaz zbyt mocno boje sie powiedziec o tym na glos... 

poniedziałek, 10 listopada 2014

I remember you...

Dotarlam do Fremantle.

Spedze tu 4 dni, bo dobrze jest wracac do miejsc, ktore pokochalo sie od pierwszego wejrzenia.

Od razu po "zameldowaniu sie" w hostelu, poszlam zapisac sie na warsztaty z malowania, ktore odbeda sie w Galerii Sztuki Aborygenskiej...

- Is it your first time here? [Jestes tutaj poraz pierwszy?]
- No, it isn't. I was here two weeks ago. [Nie, bylam tutaj 2 tygodnie temu.]
- I remeber you. [Pamietam cie.]

Fremantle bylo dla mnie magiczne od samego poczatku... rano tuz po przybyciu pomyslalam sobie, ze nie zaplace za butelke wody 2-3 dolarow... wiec zaczelam paletac sie po miescie i co??? I butelka pelna wody lezala na ulicy... wylalam wode, napelnilam swieza (tutaj nie warto jej kupowac; raz, ze kranowa jst swietna, dwa, ze blisko plazy sa kraniki z woda... darmowe!]

A potem spotkalam Aborygenke we wspomnianej wczesniej galerii sztuki... to bylo wyjatkowe spotkanie... mam nadzieje, ze zobacze ja w czwartek...

Poza tym pokochalam ptaki... pelikan robi na mnie wieksze wrazenie, niz plywajacy delfin... ktorego mam na filmie ;) Pelikana tez mam!

Wczoraj uswiadomilam sobie, jak durnym czlowiekiem jestem... w Afryce martwia sie o wode, jedzenie, a mnie glupia komorka wyprowadza z rownowagi... wczoraj rano pomyslalam sobie: "ok, zzarlas mi sporo kasy, nie sluchasz sie mnie, ale wiesz co? nie zepsujesz mi tego dnia! o nie!"... nie zepsula... chociaz byla na bardzo dobrej drodze.

Polubilam ludzi w hostelach... serio... moze dlatego, ze w Busselton wreszcie spedzilam jeden dzien tak, jak JA tego chcialam. Zero zwiedzania, gonitwy, ogladania i fotografowania... dzien spedzony na dwoch dluuuugich spacerah po plazy, czytaniu ksiazki, saczeniu kawy i pojsciu do kina... z kina wyszlam kochajac absolutnie wszystkich.... nawet moich wspollokatorow z pokoju!

P.S. Cudownie jest zadzwonic do rodzicow po 3 tygodniach rozlaki :)