środa, 12 sierpnia 2020

Gdzie jeszcze niepotrzebnie sprzątam, a tam jest już dawno... posprzątane?

Kiedy w moim otoczeniu Rzeczy Martwe robią kolejnego psikusa, od razu wiem, że chcą mi coś podpowiedzieć.

Można by się śmiać z tego, co piszę, ALE dla mnie od lat w Rzeczach Martwych jest dużo więcej życia niż w nie jednym Człowieku.

Po raz pierwszy o ich magii usłyszałam w trakcie kursu hawajskiego masażu Lomi Lomi Nui i zdanie: "Jeśli chcesz zabrać kamyczek z plaży, spytaj się Go, czy chce z Tobą iść!" pamiętam do dziś, choć było to lata temu.

Robimy wczoraj z moją cudną M. sesję BARS® i nagle moja szafka na buty postanowiła w tym uczestniczyć i otwiera się z takim przytupem i półobrotem, że trudno jej było nie zauważyć.

W mojej głowie natychmiast powstało pytanie:

"Jakie drzwi chcą być otwarte, a my je wciąż zamykamy?"

Na drugi dzień biorę się za sprzątanie, a że szczerze lubię to robić, więc kiedy 30 minut nie mogę znaleźć puchatej nakładki na mopa, zaczynam być na serio wściekła i myśleć: "To jakaś paranoja! Ja chcę sprzątać teraz, tu, natychmiast! Aaaaaaaa!"

Chwilę ochłonęłam i zaryzykowałam pytanie:

Co jest w tym ku**** dobrego, 

czego ja jeszcze nie widzę, 

że nie mogę dokończyć sprzątania mego?"

Przeszłam jeszcze raz wszystkie zakamarki mieszkania mego, nawet do Rodziców zadzwoniłam z pytaniem, czy aby nie świsnęli mi tej nakładki i w głowie nagle pojawiło się pytanie:

Gdzie jeszcze niepotrzebnie sprzątam, 

a tam jest już dawno... posprzątane?

www.pixabay.com
www.pixabay.com

UPS... mopa schowałam, małe mebelki ponownie stanęły na podłodze, a ja zdecydowanym krokiem poszłam do paczkomatu po odbiór nowej... kiecki!

Dla mnie Rzeczy Martwe nie są... MARTWE!

Dla mnie Rzeczy Martwe to cudni Przyjaciele, Podpowiadacze i Nakierowywacze na magię życia mego.

Więc kiedy Ci się coś psuje... gdy otworzy niespodziewanie, zamiast wściekać się, proszę Cię... zadaj do tego jakieś... PYTANIE <3 

wtorek, 14 lipca 2020

A co jeśli nie wszystko, co nadaje się do naprawy, tej naprawy wymaga?

Przychodzi taki moment w życiu każdej baterii komórkowej, że pada z sił i trzeba ją ładować kilka razy dziennie, a że komórka moja ma już kilka sezonów, więc uznałam to za coś absolutnie normalnego.

Okazało się, że kupno do niej baterii na mieście graniczy z cudem - w pięciu odwiedzonych punktach poczułam smuteczek, więc zaczęłam szperać w Internecie, ile to moje cudo kosztuje.

Koszt wywołał kolejny smuteczek, ale przyjęłam go dzielnie na klatę, wiedząc, że ładowanie baterii kila razy dziennie nie ma najmniejszego sensu i albo zmieniam aparat albo baterię.

Następnego dnia robiąc kilka zdjęć nie działał mi flash, a jak nie działa, to robię  restart komórce i działa ponowie. 

Tak też uczyniłam i dzięki temu odzyskałam światło i... baterię!

Prawdę mówiąc do dnia dzisiejszego nie wiem, jakim cudem wyłączenie i ponowne włączenie komórki może wskrzesić baterię, ale widocznie nic tak nie działa jak dobre... stare... ctrl+alt+del. 

Po tym magicznym uzdrowieniu w głowie powstało pytanie:

Gdzie jeszcze mam punkt widzenia, że muszę coś wyrzucić
 i wymienić na lepszy model, 
a to, co tak naprawdę rozwiąże mój problem, 
to zwykłe przywrócenie ustawień fabrycznych?

Właściwie przydałby się inteligentny komentarz... podsumowanie, ale nie mam pojęcia, co mam Wam napisać, bo przyzwyczajona byłam raczej do rzeczy wywalania... a na pewno nie do... naprawiania i restartowania!

Do tego zaprasza mnie mój nowy DOM... ja tu wciąż coś naprawiam, przepycham, czyszczę, by mogło działać jak nowe!

A co jeśli nie wszystko, co nadaje się do naprawy 
(lub spotkania z koszem!), 
tej naprawy wymaga?

www.pixabay.com

Sesja BARS® by zrobić restart dla głowy... 

Sesja Facelift® by zrestartować Ciało...

poniedziałek, 18 maja 2020

Królestwo NAS... zamiast czubka własnego nosa...

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o "Królestwie Nas" na jednej z klas Access Consciousness, byłam szczerze oczarowana. 

Wielki minus, że o tym pisze się w ich książkach rzadko, a mówi się dopiero na drugim czy nawet trzecim etapie szkoleń, ale jak się głębiej nad tym zastanowię, ma to ukryty sens. 

Różnica w kreowaniu życia z Królestwa Mnie vs Królestwa Nas jest kolosalna.

To drugie to myślenie jedynie o czubku własnego nosa z założeniem, że JA i MOJE liczy się najbardziej, podczas gdy to pierwsze zaprasza do energii kreacji... każdego.

I teraz przykład: kiedy jestem z kimś w związku często pytam: "Czy jak zrobię XYZ to, to NAM więcej wykreuje czy mniej?", gdzie NAM oznacza mnie, partnera i jeśli partner ma dzieci, to również do tej szufladki zaliczam dzieci jego... gdyby była była żona, też zostanie... zaliczona ;) 

I teraz cały problem polega na tym, co absolutnie uzasadnia, dlaczego nie mówi się o tym na Klasie BARS® , ale na wyższych klasach, że jeśli nie jesteś jeszcze biegły w odróżnianiu, co jest lekkością, za czym warto iść, a co ciężarem, to niestety zaczniesz wtedy słuchać... głowy!


Głowa Ci powie: tego nie wolno Ci zrobić, bo zranisz innych, a w energii będzie kompletnie coś innego - tak, to wymaga wprawy i ogromnego zaufania do siebie!


www.pixabay.com
Czym jest dla mnie Królestwo NAS?

Dokładnie tym, że jeśli zadaję pytanie, nie zapominam o tym, że jestem z tym wszystkim, co dookoła mnie, połączona, ale nie w sensie negatywnym, ale takim, że jeśli ja zrobię XYZ, ktoś obok mnie lub tysiące kilometrów ode mnie skorzysta z tej energii i przestrzeni, którą dzięki temu stworzę.

Dla mnie Królestwo NAS to od momentu świrusa jakaś podstawa kreacji... czy jeśli umieszczę to zdjęcie na FB, to prócz mnie, ktoś na tym skorzysta? 


Bo ten czas nauczył mnie, że choć ja mogę WIEDZIEĆ, mieć świadomość, wybierać więcej, to inni mają najświętsze prawo się bać, wiedzieć swoje i wybierać to, co im na ten moment pracuje. Bez przekonywania siebie, bez racji, bez tego poczucia, że ja jestem teraz PONAD, a Ty całuj berło!

Nie!

To, że nie wszystko, co nas otacza, zaprasza mnie do strachu, nie oznacza, że mój świat nie może zaprosić twojego świata i w tej przestrzeni nie może zadziać  się... MAGIA.

A może właśnie... może!

Jaką magią możesz być dla mnie?

Jaką magią ja mogę być dla Ciebie?

Królestwo NAS... zamiast czubka własnego nosa <3  

Królestwo NAS... by wciąż pamiętać, że nie jesteśmy w tym wszystkim.... SAMI.

czwartek, 14 maja 2020

Ale wiem również, że to WIĘCEJ nie oznacza tylko... MNIE!

Poniższy post nie jest pisany dla każdego, ale jedynie dla tej grupy, która ma świadomość, że nic nie dzieje się przypadkowo i wszystko, co nas spotyka, jest naszą kreacją.

Jeśli powyższe zdanie sprawia, że pojawia się w Tobie myśl: "co ona pier***?!", zmień kanał!

Jeśli jednak hasło tak często powtarzane przeze mnie na klasie BARS "odpowiedzialność włącz!" jest Ci bliskie, zapraszam do lektury i do zadania sobie kilku pytań.

Kiedy rozmawiałam w ludźmi jeszcze na początku świrusa, wiele razy słyszałam: "styczeń, luty były rewelacyjne, biznes i wszystko inne szło super" i słowa te dotyczyły wielu różnych branż i form zatrudnienia. 

U mnie było podobnie!

www.pixabay.com
Kiedy przypomniałam sobie o tym jakieś 2 tygodnie temu, w mojej głowie pojawiły się natychmiast pytania:

Czego się przestraszyłam? 

Czego nie wybrałam? 

Co uznałam za "zbyt wiele / zbyt intensywnie" 
i że na pewno tego nie dźwignę?

Jakie zmiany stały na wyciągnięcie ręki, 
a ja udawałam, że ich nie widzę?

Powiem Wam szczerze, jak na spowiedzi... ukazało się co najmniej 5 momentów, 5 konkretnych myśli i sytuacji, w których zamiast wybrać z odwagą, wybrałam bez niej. 

I to jest OK!

Nie biczuję się za to, z życzliwością na to parzę, bo to pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy sama sobie podstawię kłodę pod nogi, ale uczciwie wracam myślami do początku marca.

Wiecie, po co to robię?

Żeby nie kreować ponownego zastoju w sobie, w swoim życiu prywatnym i zawodowym.

Dzięki temu czasowi i setkom pytań, jakie dzięki niemu powstały wiem, że pragnę WIĘCEJ!

Ale wiem również, że to WIĘCEJ nie oznacza tylko... MNIE!

P.S. O tym, jaka jest różnica między kreowaniem w klimacie "ja, ja, ja i tylko ja!", a kreowaniem z "królestwa NAS" w kolejnym poście.

czwartek, 30 kwietnia 2020

To wszystko wcześniej czy później wróci na stare tory... trzeba będzie wyjść z domu...

Spacerując dziś po parku dotarło do mnie, że wszystko powoli wraca na stare tory. 

Część z Nas pomału odmraża swoje Ciała z ponad miesięcznego siedzenia w domu, a część wciąż w tych domach siedzi i myśl o powrocie zwyczajnie ich przeraża. 

Opowiem Wam coś, czego doświadczyłam kiedyś w górach...

10 sierpnia 2013 rok
To była samotna wędrówka na Szpiglasowy Wierch z Morskiego Oka w kierunku Doliny Pięciu Stawów. 

Do szczytu pogoda była idealna, ale to, co spotkało mnie przy zejściu, ździebko mnie zaskoczyło. 

Ogromna mgła, mokre skały i łańcuchy.

Nie byłam przygotowana psychicznie na ten widok.

Na początku radziłam sobie nieźle, aż do momentu, w którym stojąc przodem do kierunku schodzenia poczułam w ułamku sekundy, jak mój ośmiokilogramowy plecak przechyla mnie do przodu, a ja coraz bardziej tracę pion.

Nie wiem... naprawdę nie wiem, jakim cudem z tego wyszłam, ale ktoś lub coś chwyciło mnie wtedy za plecak i skierowało moje ciało w kierunku skał.

Kimkolwiek... czymkolwiek wtedy byłe(a)ś... ja Ci nigdy za to nie podziękowałam, a dzięki Tobie... ŻYJĘ!

Przeraziłam się i to na poważnie.

Mocno przytuliłam do skał, złapałam łańcuchy, ile sił w dłoniach i poczułam jak z każdą sekundą moje nogi stają się jak z waty, a strach i panika centymetr po centymetrze zabierają moje ciało. Na szczęście odezwał się głos rozsądku:

10 sierpnia 2013 rok
"Musisz się teraz ruszyć. TERAZ, bo z każdą sekundą Twoje nogi coraz bardziej przestaną Cię słuchać, a Ty tam utkniesz na zawsze."

A że uznałam, że to byłaby niezła siara utknąć tak na łańcuchach (zwłaszcza, że w Dolinie Pięciu Stawów nie ma zasięgu!), postanowiłam ruszyć się z miejsca, choć bliżej mi było do paraliżu, aniżeli do radości istnienia.

Wiecie, jak wyprowadziłam się z tego stanu?

Mówiłam do siebie najcieplejszym głosem, jakim mogłam: "Tak Natalko, bardzo dobrze, tu się trzymaj... taaaak, przesuń prawą nogę niżej... świetnie..." i tak w totalnym połączeniu z samą sobą zeszłam na taką wysokość, gdzie ujrzałam turystów, którzy czekali, aż zwolnię łańcuchy... a że to już w ogóle byłoby siarą przy obcych panikować, szybko złapałam pion i na ledwo zipiących nogach zeszłam na dół.

Dlaczego o tym opowiadam... wielu ludzi dookoła nas odczuwa coś podobnego.

Myśl o odmrożeniu gospodarki, otwarciu miejsc pracy, galerii czy szkół zwyczajnie ich przeraża.

I teraz kieruję te słowa do Was, ale również do waszego otoczenia.

To wszystko wcześniej czy później wróci na stare tory... trzeba będzie wyjść z domu... im dłużej będziesz zwlekać z oswajaniem swojego strachu, tym trudniejsze się to stanie. 

Wiem... naprawdę wiem, co mówię... nauczyły mnie tego Góry i ten Ktoś, komu zależało, żebym nadal żyła.

Wcześniej czy później to wszystko wróci na stare tory, więc centymetr po centymetrze oswajaj siebie, swoje ciało i swój strach. 

A w razie czego... bardzo chętnie przejdę się z Tobą na spacer... a calutki Wszechświat poproszę o posiłki, by stanęły za nami murem tak, jak coś stanęło wtedy za mną pod Szpiglasowym... ale też czuwało nade mną, kiedy podczas innej wędrówki zsunęłam się ze szlaku <3 

Nigdy Wam za to nie podziękowałam... a dzięki Wam... ŻYJĘ!

Nie opisywałam tego wcześniej z tak wielką świadomością tego, co się wtedy stało, bo niby pamiętałam to fragment po fragmencie, ale schowałam ten opis gdzieś głęboko w sercu i podczas jednego z procesów (MTVSS), jakie mi mój wspaniały znajomy robił na Ciało, wszystko do mnie wróciło.... tak, doskonale wiem, czym jest stan paniki... co to znaczy bać się tak, że nogi, ciało odmawiają Ci posłuszeństwa. Trzeba wtedy ruszyć z miejsca... choćby na centymetr... a potem na następny... następny i następny...

Góry... moje góry... nawet nie wiecie jak cholernie jestem Wam wdzięczna... DZIĘKUJĘ <3 

Nie byłabym dzisiaj tym, kim jestem, gdyby nie WY... a teraz pozwólcie, że sobie popłaczę, bo moja wdzięczność sięga myślami na te wszystkie szlaki, na te wszystkie momenty, gdzie stawałyście za moimi plecami, chwytałyście mój plecak i dzięki temu... ŻYJĘ! 

A przypominam sobie o tym wszystkim dzień po obejrzeniu filmu AVATAR... czyli jednak wiem, czym jest prawdziwa komunia z Ziemią... wiem, tylko gdzieś po drodze o tym zapomniałam.

DZIĘKUJĘ... po prostu cholernie Wam za to dziękuję <3