wtorek, 2 sierpnia 2016

Musiałam biec!

Bo są takie momenty w życiu, że jedyne, co ci chodzi po głowie to to, żeby zdjąć kieckę, nałożyć buty, które były z Tobą na końcu świata i zacząć biec.

Nieważne gdzie, nieważne po co, byle by biec przed siebie.

I tak też dzisiaj uczyniłam.

Zastanawiałam się pół dnia, co zrobić z różnymi doświadczeniami, myślami i emocjami, których Irlandia dostarcza mi tonami i jedyne, co mi chodziło po głowie od mniej więcej godziny 17, to bieganie.

Jedna rzecz, którą musiałam zrobić, to odczekać 2,5h od obiadu, co by mi się kurczak za bardzo nie odbijał ;-)

Odbijał się i tak, ale ja już nie byłam w stanie usiedzieć w miejscu!

Musiałam biec! 

Jest w bieganiu jakaś wolność, której nie da Ci joga, medytacja i inne psychologiczne pierdolety.

Czy ja powiedziałam słowo na "p"?

Ha ha ha, no więc właśnie... 

Bo ja...

Mam w sobie czerń i biel

Kobiecość i męskość

Odwagę i strach

Dobro i zło

Miłość do grobowej deski i nienawiść po wsze czasy

Delikatność i dzikość 

Prawdziwość i fałsz

Mam swoje demony, z którymi tylko ja się mogę spotkać i tylko ja mogę z nimi porozmawiać... a Ty "...", Ty mnie możesz w tym wspierać, a ja Cię mogę wspierać w spotkaniu z Twoimi demonami, bo niczego więcej nie mogę dla Ciebie zrobić...

Przepraszam...

Z wyrazami ogromnej wdzięczności za skrzyżowanie naszych ścieżek 

N.



niedziela, 31 lipca 2016

A dziś usiadłam sobie jak królowa...

W końcu to zrobiłam!

Sama, bez niczyjej pomocy!

Zadzwoniłam do banku, żeby aktywować swoje konto online.

"Co to za wyczyn?" można by powiedzieć.

A dla mnie to wyczyn niesłychany!

Bo raz, że nie lubię rozmawiać z nikim przez telefon... i to po angielsku!

Dwa, że jak tam zadzwoniłam dwa miesiące temu, to mało co rozumiałam.

A dziś usiadłam sobie jak królowa i stwierdziłam, że ja o dziwo rozumiem 98% tego, co Pani do mnie mówi.

I w końcu jak na królową przystało mam dostęp do swojego konta i w końcu cholera jasna wiem, ile zarobiłam przez ostatnie dwa i pół miesiąca!

Jestem hardcorem... jak to by powiedziała młodzież!

I jestem z siebie bardzo dumna!

Bardzo, bardzo, bardzo!

I pomyśleć, że tyle stresu i czekania na "ten" moment, a rozmowa trwała może z 7 minut ;-)

Kimkolwiek Pani była, serdecznie Panią pozdrawiam!

Dobra robota!

sobota, 30 lipca 2016

.... żeby chociaż mój Mąż był normalny....

Przychodzi taki moment w moim szalonym życiu, że kolejne szalone decyzje nie robią już na mnie wrażenia.

Podejmuję je tak, jakbym planowała najbliższe śniadanie - zero emocji, zero wrażeń. 

Przeraża mnie to i zachwyca jednocześnie, jakbym do swoich pomysłów przyzwyczaiła się na tyle, że plan lotu w kosmos jest dla mnie jak lot do Gdańska.

Bo nie ma w moim życiu rzeczy niemożliwych i nie jest to wcale jakieś tam wzięte z poradników zdanie, tylko przekonanie, w które naprawdę wierzę, a które dotarło do mnie około trzydziestki.

Lepiej późno niż wcale można by rzec, choć wiek trzydziestu lat wcale nie uważam za późny jak na takie mądrości.

Niektórzy o tym nie wiedzą do osiemdziesiątki!

I jedyne, co mi pozostaje, to wysilić swoją głowę i zastanowić się, jak w szybki sposób przekazać to swoim dzieciom. 

Po co mają trafić czas! 

Niech dostaną to w pakiecie ode mnie, bo szczerze wierzę, że jak one uwierzą, że rzeczy niemożliwe nie istnieją, to ich życie będzie takie, jakie ma być.

Piękne, mądre i pełne zrealizowanych marzeń i planów.

I tego jako przyszła Mama im życzę!

Ale wpierw sama muszę to wszystko porządnie utrwalić w swoim sercu, co by nie było, że Matka mówi jedno, a sama jakaś taka... nieszczęśliwa i niespełniona.

O nie! 

Moje dzieci nie tylko to usłyszą, ale przede wszystkim przywykną do tego, że ich Mateczka miewa trochę inne pomysły na życie, niż pozostałe Mamy...

No.... i wtedy ja zacznę naukę przyzwyczajenia się do pomysłów moich dzieci... i pewnego dnia "pożałuję", że je tego nauczyłam, a one pewnego dnia powiedzą: 

"Dzięki Tobie wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych"...

A ja im wtedy powiem: 

"Tak Synu/Córko, Leć w ten (cholerny!) kosmos skoro to jest to, czego najbardziej w życiu pragniesz."

I tylko proszę Was Bogowie, żeby chociaż mój Mąż był normalny, spokojny i jakiś taki zrównoważony, bo ktoś tą szaloną rodzinę będzie musiał sprowadzać na ziemię... i to dosłownie.

P.S. Nie, nie jestem w ciąży. Nie, nie mam męża (z resztą... co Cię to obchodzi!), ale szczerze wierzę, że Dzieci i Rodzina to nie tylko żywi ludzie, ale to przede wszystkim energia i jeśli ja już dziś mogę mówić coś miłego do moich Dzieci... i Męża, to ja to będę robiła, bo fajnie jest potem im powiedzieć: 

"Wiesz, Mama o Tobie myślała duuuużo wcześniej, niż Ty się urodziłeś/aś"... LUB...

"Czemu u licha tak długo nam zajęło, żeby w końcu się odnaleźć?"

P.S. P.S. Poczytajcie Anastazję, a zrozumiecie, o czym mówię...

Anastazjo, ukłony :-*

piątek, 29 lipca 2016

"A czego się spodziewałeś?"

Przychodzi taki dzień, kiedy klient Ci mówi, że masaż, który wykonałeś był "bardzo profesjonalny"... a Ty zaczynasz proces myślowy....

"A czego się spodziewałeś?" 

Chciałoby się zadać pytanie, ale nagle przypomina Ci się, jak pewna piękna i mądra klientka prosiła Cię błagalnie wręcz, żeby nie masować zbyt mocno piszczeli i żeby Cię upewnić, jeszcze ci tą piszczel pokazała mówiąc, że podczas wszystkich masaży czuła w tym miejscu jeden wielki ból....

I tu właściwie należałoby zamilknąć... ale że ja w milczeniu jestem kiepska, to jedyne, co mogę napisać, to cytując klasyka: 

"Idioci, idioci, wszędzie idioci!"

I tu nie chodzi o to, że ja się wywyższam, ale nawet ja, magister psychologii wiem, iż pisczel to jedno z ostatnich miejsc, gdzie należałoby docisnąć klienta z całej siły...no chyba, że się go wyjątkowo nie lubi.

A ja naprawdę, ani wielkich szkół masażu nie skończyłam, ani nie studiowałam fizjoterapii, ale jak widać wiedzy wstydzić się nie muszę, choć bierze się ona zarówno ze szkoleń masażowych jak i z jogi, ale kto komu na miłość boską broni się uczyć nowych rzeczy?! 

....

Koniec procesu myślowego!

....


Także i takie informacje zwrotne można otrzymać, a ja się wciąż nadziwić nie mogę, że choćbym nie wiem, na jaką branżę nie trafiła w swoim życiu, wszędzie znajdą się Oni - idioci! 

środa, 27 lipca 2016

Dużo uśmiechu, luzu i miłości Wam życzę!

Czy ja wspominałam, że zajęcia jogi, które tu prowadzę trzy razy w tygodniu, to najmilszy akcent mojej pracy?

Oczywiście, że nie, bo moja milość do jogi jest oszczędna w słowach, chociaż przy uczniach słowa: "I Love Yoga!" padają często i sama się nie mogę nadziwić, że aż tak często.

Jakich miewam uczniów?

Cudownych!

Ostatnio pojawił się On!

Niestety żonaty i chyba starszy od mojego taty, ale wprowadził na zajęcia taki luz i śmiech, że zamiast hatha jogi, zrobiła się joga śmiechu.

Co mu nie wychodziła pozycja albo potrzebował do niej  duuuuużej ilości pomocy, śmiał się na cały głos, a my razem z nim.

Nawet mu na głos wyznałam "I Love you!", bo autentycznie pokochałam to, jaki był i jak się zachowywał.

I pomyślałam sobie wtedy, jak bardzo mi brakuje w jodze luzu... dystansu i zwykłej zabawy!

Czasem mówię do moich uczniów: "Chodźcie zrobimy jakaś pozycję tak dla zabawy, chociaż na dwie sekundy!" i robimy,i pół sali parska śmiechem, bo ustać na jednej nodze z powyginanym tułowiem  czasem graniczy z cudem (nawet dla mnie!), ale nas to w ogóle nie interesuje, bo chcemy się tym bawić i cieszyć jak dzieci. 

Tyle i aż tyle!

Nie śmiem nikomu wykładać filozofii jogi. 

Niech każdy wybiera swoją ścieżkę! 

Moja sięga dalej niż Indie,  bo aż na same Hawaje i ta filozofia (bo absolutnie nie jest to religia!) pasuje mi najbardziej.

Także Aloha moi mili! 

Dużo uśmiechu, luzu i miłości Wam życzę!

Tyle i aż tyle.