wtorek, 26 lipca 2016

Jak jest chlanie, to muszą być Polacy!

Nie ma to jak zrobić dla dzieci imprezę integracyjną, dać im alkohol, a potem przywieźć dzieci do hotelu... na koszt pracodawcy!

Moi szanowni "koledzy" z pracy postanowili przenieść imprezę integracyjną z pubu, do kuchni domu, w którym ja nocuje (mamy tu kilka domów dla pracowników)... pospałam może ze trzy godziny, bo darli mordy od mniej więcej drugiej do piątej. Oczywiście "kurwa" padało dosyć często! 

Jak jest chlanie, to muszą być Polacy!

Przynajmniej wiem już na 100% , które nacje nie interesują mnie w ewentualnym za mąż pójściu... spora się ta lista zrobiła po tej integracji... trzeba będzie znowu poza Europę wyjechać!

Miałam nawet schodzić do tych pijaków, ale pomyślałam sobie, że ja jedna, ich dziesięć może dwadzieścia osób i wszyscy narąbani... nigdy, ku**", nigdy nie zrozumiem takiej formy integrowania się!

Mam nadzieję, że chociaż klienci będą dziś mili, bo jak nie, to ja mam dziś maszynę z gorącymi kamieniami włączoną pół dnia... a tam mam kilka dużych kamieni... zawsze się zastanawiałem, ile siły trzeba by włożyć, żeby roztrzaskać komuś czaszkę!

Także klienci... lepiej bądźcie mili i dawajcie napiwki!

Bez pozdrowień 
Wku**** i niewyspana N.

poniedziałek, 25 lipca 2016

... odwiedzacie mnie inni i wychodzicie ode mnie... inni...

Wracając do tematu moich Przodków...

Skąd ja wiem, że ktoś mnie odwiedza w gabinecie poza tym, że mogę czuć czyjąś energię i moje przypuszczenia potwierdza jedynie intuicja?

Odpowiedź jest niezwykle prosta!

Większość klientów, która przychodzi do mnie na masaż zaczyna swoją podróż od masażu pleców i nóg, więc przez jakieś pół godziny (jeśli to jest masaż 50-minutowy) lub dłużej nie widzę ich twarzy. 

Następnie proszę ich o odwrócenie się i położenie na plecach, by wymasować ręce i nogi, i wrócić na sam koniec do barków, szyi, twarzy i głowy.

I ostatni punkt mojego masażu jest kluczowy.

Masując im barki, szyję, twarz i głowę stoję za nimi, a właściwie prawie, że nad nimi i wtedy dostrzegam, że ich twarze wyglądają kompletnie inaczej... a rysy zaczynają przywoływać wspomnienia, i właśnie wtedy widzę w nich moich przodków, ale nie tylko ich.

Można by oczywiście powiedzieć, że widzę to, co chcę widzieć...

Być może, prawdę mówiąc nie interesuje mnie to za specjalnie, bo spotkanie z kimś w  gabinecie jest zawsze wyjątkowe i uroczyste, i nawet jak nie rozpoznaję nikogo w ich twarzach, to te twarze za każdym razem są inne.

I dlatego przepraszam Was moi piękni klienci za to, że nie rozpoznaję Was w recepcji albo poza hotelem (chyba, że mieliście bardzo charakterystyczne włosy albo kolor skóry).

Ja Was nie rozpoznaję tylko dlatego, że odwiedzacie mnie inni i wychodzicie ode mnie... inni, i za każdym razem Wasze twarze są odmienione, a oczy pełne blasku lub łez.

Poza tym dzięki Wam i moje oczy odzyskują blask, a czasem zaleją się łzami, a wtedy to ja naprawdę widzę niewiele!

Dlatego przepraszam, jeśli zamiast ucieszyć się na Wasz widok, najpierw wpatruję się w Was uważnie i zastanawiam się, czy znam was z jogi, mojego gabinetu czy może ze spaceru dookoła hotelu.

Jesteście wspaniali, piękni i naprawdę boscy, i to dla mnie zaszczyt gościć Was w moim małym gabinecie numer cztery.

Tak małym, że moje uda co jakiś czas obijają się o coś i na miejsce starych siniaków powstają nowe.

Ale dzięki temu, że mój gabinet jest mały, jest w nim ciepło, przytulnie i po mojemu, bo nikt w nim nie chce pracować i dzięki temu jest w nim tylko moja energia i świeczki, i kominek zapachowy i mój kompas.

I choć ten gabinet nigdy nie będzie "mój", to jestem w nim cała"Ja".

I jest w nim to, co w gabinecie najważniejsze ...

.... miłość, szacunek i pasja!

I tylko tyle lub aż tyle dostają moi klienci, a ile oni dają mi w zamian, to już temat na inny post.

Dlatego czasem zamiast powiedzieć Wam na koniec: "Miłego dnia", mówię: "Dziękuję za nasze spotkanie!"... bo szczerze wierzę, że nie było ono naszym pierwszym spotkaniem i nie będzie ostatnim!

Do zobaczenia wkrótce!

sobota, 23 lipca 2016

Masz to gratis...

Wiedziałam, że w końcu nadejdzie ten dzień, kiedy do mojego gabinetu wejdzie ktoś kto, zacznie mówić... o całym swoim życiu, przebytej poważnej operacji, dwójce rozbieganych dzieci i mamie z Alzhaimerem.

"Przerwać, czy nie przerwać? Obciąć jej czas zabiegu czy nie?" ... te pytania pojawily się w mojej głowie raz. Tylko raz i uważam to za sukces ogromny, bo choćbym miała mieć potem obsuwę przez cały dzień, to ja to mam głęboko w nosie.

Zbolalała dusza klienta jest dla mnie tak samo istotna, jak jego ciało, a zwykła, ludzka potrzeba wygadania się stanowi część wizyty u mnie.

Chcesz ze mną rozmawiać przez połowę zabiegu?

Nie ma problemu!

Masz to gratis, a jeszcze przy okazji dowiesz się, kim naprawdę jestem i że ze swoimi kłopotami nie mogłeś lepiej trafić.

Nie dość, ze masażysta, to jeszcze psycholog!

No uśmiałyśmy z tego bardzo... i umówiłyśmy się na piątkową jogę!

Bo u mnie w pakiecie dostaniesz wiele... i pogadasz i pofilozofujesz i pośmiejesz się, i jeszcze Cię kuźwa wymasują!

A do domu? 

Zestaw ćwiczeń dostaniesz!

Do zobaczenia Kochana na jodze!

P.S. Spotkałyśmy się na jodze, a na pożegnanie wyścikałyśmy się... dobrze mieć czasem takich "swoich" klientów, z którymi czujesz się tak...  po domowemu, przytulnie i swojsko! Mają oni tylko jedna wadę... nie zostawiają napiwków ;-) 

piątek, 22 lipca 2016

Za refleksje i tęsknotę za prawdziwym Domem!

Dziesięć ksiąg "Anastazji" Wladimira Megre pochłonęłam tutaj w dwa miesiące!

Pochłonęłabym szybciej, gdyby nie nauka angielskiego... i nauka jogicznych asan... po angielsku... i czytanie książki... po angielsku... 

Nie będę cytować fragmentów, bo zanim zorientowałam się, jak to się robi na tablecie, byłam przy księdze dziewiątej i wtedy pomyślałam sobie, że "musztarda po obiedzie" ;-)

Więc tym razem będzie bez fragmentów... z resztą i tak musiałabym ich tutaj umieścić ze sto.

Czy książki polecam?

Oczywiście, ale nie każdemu.

Jeśli kogoś słowa takie jak duchowość, zakładanie rodziny czy też boskość odstraszają, to lepiej weźcie do ręki coś innego. 

Jeśli nie, zaryzykujcie!

Nie ze wszystkim zgadzam się, ale nie chodzi o to, żeby zgadzać się z tym, co mieści się na ponad siedmiuset stronach, ale zgadzać się z główną ideą książki, a ją kupuję w 100%.

To, w jakim kierunku zmierza tzw. współczesna  cywilizacja raczej nie zachęca, żeby iść z nią dalej. 

Syf w powietrzu, woda, za którą płacimy, a która nie nadaje się do picia, jedzenie coraz gorszej jakosci, a relacje międzyludzkie... cóż...

I nagle pojawia się w Tobie tęsknota za tymi malinami po prawej i agrestem po lewej i za tą wiśnią koło domu, i za tą węgierką w głębi ogrodu... i już wiesz, że to, co nazywamy mieszkaniami, a co wygląda jak wielkie klatki dla zwierząt (tak, mam na myśli bloki mieszkalne!), trudno nazwać Domem... 

I wiesz, że dla siebie, a już na pewno dla swoich Dzieci chcesz czegoś więcej, niż mieszkania w bloku, w środku miasta, gdzie powietrze to jeden wielki brud, a jedzenie pochodzi nie wiadomo skąd.

I chyba tyle mogłabym napisać na temat wszystkich dziesięciu części " Anastazji"... 

Anastazjo, Wladimirze... dziękuję!

Za refleksje i tęsknotę za prawdziwym Domem!

Ukłony dla Was :-*


środa, 20 lipca 2016

" Kochaj, współczuj, wspieraj, bądź wdzięczny i wypełniał swoje serce spokojem!"

Zastanawiałam się jakiś czas... chyba z kwadrans mi to zajęło, jak pomóc samej sobie, żeby się nie nakręcać... emocjonalnie.

Główkowałam, główkowałam i wygłówkowałam następującą mantrę.

To moja prywatna mantra!

A że to "tylko" mantra, to śmiało!

Można kraść!

Mantra brzmi tak: " Kocham, współczuję, wspieram, jestem wdzięczna, moje serce wypełnia spokój!"

Wiem, genialne to i zawiera w sobie jakieś 3/4 Buddyzmu, szczyptę hawajskiej Huny i pewnie jeszcze inne szczypty z innych  mądrości życiowych, ale dzięki tym dziewięciu słowom, jestem w stanie przepędzić złość i frustrację w cholerę poza mój gabinet, bo tam nie ma dla nich wstępu!

I tu po raz pierwszy nie zgodzę się z negowaniem przez psycho podziału na emocje dobre i złe.

Tak jak i kucharz nie powinien gotować, gdy jest wściekły, tak i masażysta powinien wtedy trzymać się z dala od swojego gabinetu.

Ani tych emocji nie można nazwać konstruktywnymi, ani w jakikolwiek sposób pozytywnymi.

I zaprawdę Wam powiadam, że poza szarpaniną nerwów, nie przynoszą one zbyt wiele.

Jak masz możliwość, wyprowadź je na spacer. 

Jak nie, to goń w cholerę i po prostu: " Kochaj, współczuj, wspieraj, bądź wdzięczny i wypełniał swoje serce spokojem".

A jak to nie pomoże... no to nie wiem... jakiś urlop sobie weź... albo pracę zmień...

Swoją drogą, że też człowiek musiał do Irlandii polecieć, żeby to odkryć!

Irlandio, buziak dla Ciebie :-*

P.S. Gdyby nie pobyt tutaj i zmęczenie, które w przypadku emocji sprawy nie ułatwia, w życiu nie musiałabym kombinować z żadnymi mantrami. Na spacer bym poszła i tyle... a tu nie ma. Tu przed Tobą osiem godzin przy stole i jedyne, czego jesteś pewien to to, że nie możesz tych choler wpuścić do gabinetu. 

Po prostu nie możesz! 

Z szacunku i miłości do swoich pięknych klientów!

Więc... kochasz, współczujesz, wspierasz, jesteś wdzięczny, a serce wypełniasz spokojem....

Tyle i tylko tyle!