piątek, 22 lipca 2016

Za refleksje i tęsknotę za prawdziwym Domem!

Dziesięć ksiąg "Anastazji" Wladimira Megre pochłonęłam tutaj w dwa miesiące!

Pochłonęłabym szybciej, gdyby nie nauka angielskiego... i nauka jogicznych asan... po angielsku... i czytanie książki... po angielsku... 

Nie będę cytować fragmentów, bo zanim zorientowałam się, jak to się robi na tablecie, byłam przy księdze dziewiątej i wtedy pomyślałam sobie, że "musztarda po obiedzie" ;-)

Więc tym razem będzie bez fragmentów... z resztą i tak musiałabym ich tutaj umieścić ze sto.

Czy książki polecam?

Oczywiście, ale nie każdemu.

Jeśli kogoś słowa takie jak duchowość, zakładanie rodziny czy też boskość odstraszają, to lepiej weźcie do ręki coś innego. 

Jeśli nie, zaryzykujcie!

Nie ze wszystkim zgadzam się, ale nie chodzi o to, żeby zgadzać się z tym, co mieści się na ponad siedmiuset stronach, ale zgadzać się z główną ideą książki, a ją kupuję w 100%.

To, w jakim kierunku zmierza tzw. współczesna  cywilizacja raczej nie zachęca, żeby iść z nią dalej. 

Syf w powietrzu, woda, za którą płacimy, a która nie nadaje się do picia, jedzenie coraz gorszej jakosci, a relacje międzyludzkie... cóż...

I nagle pojawia się w Tobie tęsknota za tymi malinami po prawej i agrestem po lewej i za tą wiśnią koło domu, i za tą węgierką w głębi ogrodu... i już wiesz, że to, co nazywamy mieszkaniami, a co wygląda jak wielkie klatki dla zwierząt (tak, mam na myśli bloki mieszkalne!), trudno nazwać Domem... 

I wiesz, że dla siebie, a już na pewno dla swoich Dzieci chcesz czegoś więcej, niż mieszkania w bloku, w środku miasta, gdzie powietrze to jeden wielki brud, a jedzenie pochodzi nie wiadomo skąd.

I chyba tyle mogłabym napisać na temat wszystkich dziesięciu części " Anastazji"... 

Anastazjo, Wladimirze... dziękuję!

Za refleksje i tęsknotę za prawdziwym Domem!

Ukłony dla Was :-*


środa, 20 lipca 2016

" Kochaj, współczuj, wspieraj, bądź wdzięczny i wypełniał swoje serce spokojem!"

Zastanawiałam się jakiś czas... chyba z kwadrans mi to zajęło, jak pomóc samej sobie, żeby się nie nakręcać... emocjonalnie.

Główkowałam, główkowałam i wygłówkowałam następującą mantrę.

To moja prywatna mantra!

A że to "tylko" mantra, to śmiało!

Można kraść!

Mantra brzmi tak: " Kocham, współczuję, wspieram, jestem wdzięczna, moje serce wypełnia spokój!"

Wiem, genialne to i zawiera w sobie jakieś 3/4 Buddyzmu, szczyptę hawajskiej Huny i pewnie jeszcze inne szczypty z innych  mądrości życiowych, ale dzięki tym dziewięciu słowom, jestem w stanie przepędzić złość i frustrację w cholerę poza mój gabinet, bo tam nie ma dla nich wstępu!

I tu po raz pierwszy nie zgodzę się z negowaniem przez psycho podziału na emocje dobre i złe.

Tak jak i kucharz nie powinien gotować, gdy jest wściekły, tak i masażysta powinien wtedy trzymać się z dala od swojego gabinetu.

Ani tych emocji nie można nazwać konstruktywnymi, ani w jakikolwiek sposób pozytywnymi.

I zaprawdę Wam powiadam, że poza szarpaniną nerwów, nie przynoszą one zbyt wiele.

Jak masz możliwość, wyprowadź je na spacer. 

Jak nie, to goń w cholerę i po prostu: " Kochaj, współczuj, wspieraj, bądź wdzięczny i wypełniał swoje serce spokojem".

A jak to nie pomoże... no to nie wiem... jakiś urlop sobie weź... albo pracę zmień...

Swoją drogą, że też człowiek musiał do Irlandii polecieć, żeby to odkryć!

Irlandio, buziak dla Ciebie :-*

P.S. Gdyby nie pobyt tutaj i zmęczenie, które w przypadku emocji sprawy nie ułatwia, w życiu nie musiałabym kombinować z żadnymi mantrami. Na spacer bym poszła i tyle... a tu nie ma. Tu przed Tobą osiem godzin przy stole i jedyne, czego jesteś pewien to to, że nie możesz tych choler wpuścić do gabinetu. 

Po prostu nie możesz! 

Z szacunku i miłości do swoich pięknych klientów!

Więc... kochasz, współczujesz, wspierasz, jesteś wdzięczny, a serce wypełniasz spokojem....

Tyle i tylko tyle!



wtorek, 19 lipca 2016

Tylko "next please!"...

Kryzys  numer jeden uważam za zakończony!

Tak, Natalia K. nie jest, jakby się wszystkim wydawało cyborgiem, który zaraża pozytywną energią i przez cały Boży dzień tylko  kocha świat, ludzi i pieski.

Nawet takiemu pozytywnymi człowiekowi jak ja zdarzają się kiepskie dni.

A właściwie te moje były bardzo kiepskie... najbardziej kiepskie ze wszystkich kiepskich, jakie pamiętam od lat.

Ale wtedy zdarzył się cud!

Wstałam rano, mojej współlokatorki nie było w pokoju, wiedziałam, że przede mną piąty a może szósty dzień mojego sześciodniowego maratonu w pracy, a moje ciało po prostu boli... i jedyne, co byłam w stanie zrobić, to porządnie się rozpłakać.... dobrze, że zrobiłam to przed nałożeniem pudru, a nie po! 

To by dopiero była tragedia!

Popłakałam sobie nad swoim losem i spojrzałam w lustro, i pierwszy raz zobaczyłam w sobie kogoś, kogo nigdy dotąd nie widziałam.

Zobaczyłam najpiękniejszą kobietę na świecie... z pięknymi, dużymi oczami pełnymi łez, która ma przepiękne, zdrowe, ciemne włosy poupinane spinkami, a w oczach mądrość, wrażliwość i kobiecość... i oczywiście widok ten wzruszył mnie na tyle, że mój płacz trwał jeszcze następne pięć minut...

I wtedy zrozumiałam, że do mojego gabinetu po prostu nie mają prawa trafiać inni ludzi, aniżeli Ci, którzy są po prostu piękni, boscy i prawdziwi. I w niczym ani ja nie jestem od nich lepsza, ani oni ode mnie. Ani ja nie jestem od nich piękniejsza, ani oni ode mnie.

I tego nauczył mnie mój kryzys.... i do mojego rytuału masażowego dołączyłam jeszcze jeden ukłon.

Zawsze pod sam koniec składam dłonie, dziękuję Górze, dziękuję Klientowi (jak jest Dzidzia, to i Dzidzi).. i od tygodnia dziękuję też sobie... bo tak samo jak moi klienci mam w sobie to, co najpiękniejsze i najbardziej boskie i naprawdę nie widzę powodu dla którego miałabym siebie pomijać. 

A jak mi czasem smutno... i nie umiem mojego smutku wygonić z gabinetu, patrzę w lustro i posyłam sobie uśmiech... najpiękniejszy na świecie dla Kobiety mądrej, pięknej, wrażliwej i pełnej wdzięku... 

I to samo widzę w oczach moich klientów: mądrość, piękno, wrażliwość i wdzięk... i dlatego coraz częściej wychodzę z gabinetu zasmarkana, a w oczach mam łzy... no cóż... taki widać los wrażliwców... i tylko czasem my - wrażliwi spotykamy sie w gabinecie numer cztery i podróżujemy gdzieś bardzo głęboko. Ja wgłąb siebie, oni wgłąb swojej duszy... i serce ściska mi się, kiedy im muszę powiedzieć: " zostawiam cię na 2-3 minuty, żebyś odpoczął. Nie wstawaj za szybko, bo możesz źle się poczuć. A za kilka minut wrócę po ciebie i pójdziemy do pokoju relaksacyjnego." 

Ani porozmawiać, ani popłakać... 

Tylko "next please!"... 

niedziela, 17 lipca 2016

Oni zaczynają znikać z mojego gabinetu...

I przychodzi taki moment w pisaniu bloga, kiedy zaczynam podejrzewać, że ów Blog jest czymś więcej niż tylko blogiem.

Wystarczy, że napiszę coś na temat tych klientów, za którymi nie przepadam i zaczynają dziać się cuda. 

Oni zaczynają znikać z mojego gabinetu, a jeśli się nawet pojawiają, to tak jakby ich moc była słabsza... 

Dziwne to niesłychanie, ale paradoksalnie czuję się, jakbym zyskała nowego Przyjaciela. 

Dziękuję Ci Blogu! 

Pamiętam nasze początki, jakby to było wczoraj... 

- Czy joga rzeźbi ciało? - padło pytanie.
- Nie, niespecjalnie. - odpowiedziałam.
- A co rzeźbi?
- .... głowę!

I tak to się zaczęło, a teraz? 

Nie wyobrażam sobie tygodnia bez Ciebie!

Pomagasz przetrwać, mieć kontakt z moim cudownym językiem i jeszcze czarujesz! 

Dziękuję... jesteś moim prywatnym, osobistym pisarskim przyjacielem.... i wiesz, co jest w nas najlepsze? 

Że zostaniemy ze sobą do końca Życia, a może jeden dzień dłużej i nigdy nikt nas nie rozłączy... 

Dziękuję Przyjacielu! 

Dobrze, że jesteś :-* 

czwartek, 14 lipca 2016

P.S. Pozdrów Dziadka!

Do mojego gabinetu zaglądają moi Przodkowie.

O Dziadku już pisałam....

Niedawno odwiedziła mnie moja prababcia Wikcia, którą zapamietałam głównie dzięki temu, że była mistrzynią zbierania jagód, a ja potem po mistrzowsku zjadałam je z cukrem i śmietaną!

Co jakiś czas spotykam się również z moją ukochaną Babcią (tą od dziadka!) i co najciekawsze, babcia zawsze wpada wtedy, gdy  mam na stole przedstawiciela gatunku: "gbur, cham i prostak" płci żeńskiej.

Dziwiło mnie to niesłychanie, ale dla mojej mamy oczywiste było to, że babcia pojawia się akurat wtedy, żeby mnie chronić.

Ma to sens!

Mocna energia "gbura, chama i prostaka" jest na tyle niefajna do masowania, że jakiś miły akcent odwraca od niej uwagę.

I faktycznie, jakby łatwiejsze się stawały te masaże dzięki niej. 

Dziękuję Babciu!

Ty to Agentka jesteś! 

Wiem o tym doskonale, choć Ty po sobie nie dawałaś wiele poznać... ja i tak swoje wiem ;-)

Bo my - wiedźmy wiemy więcej, niż inni, prawda?

Dziękuję Ci za ochronę i ten promyk uśmiechu, bo gdyby nie on, wiele klientek zostałoby uduszonych na masażowym stole.

Jesteś i byłaś Wielka, a Twoja moc sięga baaaaardzo daleko.

I jakbyś mogła poodsyłać te wszystkie panny do innych gabinetów, to będę Ci bardzo wdzięczna!

Aaaaaa i jeszcze prośbę mam!

Ty wiesz, o czym marzę najbardziej i Ty wiesz, w czym mogłabyś mi najbardziej pomóc... 

Kocham Cię Babciu i tęsknię :-*

P.S. Pozdrów Dziadka!