niedziela, 19 czerwca 2016

Do zobaczenia jutro na macie... o 8 rano ;-)

Droga Jogo,

zaczynam Cię naprawdę lubić! 

Po tych wszystkich latach wątpliwości i niechęci prawdziwa praktyka własna, którą mi tutaj zgotowałaś w połączeniu z nauczaniem, autentycznie zbliżyła mnie do Ciebie. 

Stoję sobie na macie zmęczona i niechętna do czegokolwiek i jedyna pozycja, jaka przychodzi mi do głowy, to pozycja góry. 

Więc stoję na tej macie, rzepki do góry, uda w tył... oczywiście klepię to sobie po angielsku i po dosłownie 30 sekundach czuję taki przypływ energii, jakiej nigdy dotąd nie miałam i już  wiem,  że ta sesja będzie mocna.

I była!

Pot leciał ze mnie po pierwszych pięciu minutach!

Jogo, Ty mi tu powiedz jak na spowiedzi, co Ty knujesz!

Bo póki co robisz wszystko, żebym Cię lubiła bardziej, a może kiedyś pokochała na nowo.

A ja zaczynam na nowo odkrywać Twoje sekrety!

Krok po kroku!

Mam trzy sesje w tygodniu (o 8 rano!), uczniów, którzy wracają, motywację do porannego wstawania... oraz praktykę własną, która nie przestaje mnie zadziwiać.

A Ty wciąż coś knujesz, a ja wciąż nic z tego nie rozumiem, ale zaryzykuję i zaufam Ci ponownie.

Z pozdrowieniami 
Twoja Nat

P.S. Mówiłam Ci, że dobrze, że wróciłaś? 

No to mówię!

Do zobaczenia jutro na macie... o 8 rano ;-)


piątek, 17 czerwca 2016

... tej książce naprawdę daleko do Greya!

Właśnie zorientowałam się czytając dokładnie recenzje zakupionej przeze mnie książki (za 1euro!), że mam w rękach coś w rodzaju "50 twarzy Greya"!

Przynajmniej tak mówiły zamieszczone w niej opisy!

Z szoku wyszłam... dosyć szybko. 

Ów literaturę traktuję jako kontakt z angielskim, bo jedyne książki po angielsku jakie tu mam, to podręczniki do jogi - na dłuższą metę fabuła nie powala...

A tu proszę, trzymam w ręku "The New York Times Bestseller" i zastanawiam się, o co ten cały ból tyłka, jeśli chodzi o "50 twarzy Greya".

Nie czytałam, ale czytając moje "On the Island" stwierdzam, że literatura ta wprost idealnie pasuje do mojej kochanej ławeczki, gdzie chociaż jedna książka, którą czytam (a czytam kilka naraz) może być z tych mniej ambitnych, bo u licha co w tym złego poczytać coś, co nie zmusza do myślenia (mnie zmusza, bo to wciąż po angielsku!). 

Poza tym tej książce naprawdę daleko do Greya!

Sceny łóżkowe są zaledwie opisane w jednym akapicie... i nie ma nic o kajdankach....

___________

Powyższą część posta pisałam będąc mniej więcej po 200 stronach książki.

To, co napiszę poniżej, jest efektem "PO"!

____________

Książka jest super!

Końcówka tak mnie wciągnęła, że wieczorem pochłonęłam ostatnie 150 stron, bo byłam niezwykle ciekawa, jakie będą losy bohaterów i ich "niełatwej" miłości.

A niełatwej tylko dlatego, że wróciwszy do realnego, świata po trzech latach spędzonych na bezludnej wyspie (to, że się w sobie zakochali chyba nikogo nie dziwi!), zostali poddani surowej ocenie, bo jak to ona ma lat 31, a on lat 19!!!

A tak to moi mili. Nie wiem, ile jeszcze trzeba książek napisać, żeby ludzie zrozumieli, że miłość wykracza poza wszelkie ramy i metryki. 

A ja się wciąż zastanawiam, kto u licha daje nam prawo do oceny jakiegokolwiek związku i kto wyznacza te durne ramy normalności?!

Wiecie, co mnie najbardziej urzekło w tej historii?

Kiedy oboje zorientowali się, że nie pasują do otaczającego ich świata, a chcą być ze sobą i kochają się bardzo mocno, postanowili stworzyć sobie swój własny świat... 100km od miasta!

On kupił ziemię, zbudował na niej dom (robił to na bezludnej wyspie dwa razy - miał wprawę!)... i żyli długo i szczęśliwie, i mieli trójkę dzieci. 

Ona pierwsze urodziła grubo po trzydziestce (straszne... jak śmiała tak długo czekać!), a potem mieli bliźniaki!!!

I nawet z "płytkiej książki" można zabrać coś niezwykle cennego i mądrego dla siebie.

Jeśli czujesz, że gdzieś nie pasujesz, odwróć się na pięcie, wyjdź pierwszymi drzwiami i idź budować swój własny świat gdzie indziej!

Ci ludzie, którzy mają z tobą zostać, zostaną. 

Ci, którzy mają odejść, odejdą.

P.S. Z niecierpliwością czekam na film!!! 

czwartek, 16 czerwca 2016

... przed pewnymi rzeczami nie uciekniesz nigdy.

Żebyś nie wiem, jak daleko kupił bilet na samolot, przed pewnymi rzeczami nie uciekniesz nigdy.

Niby każdy inteligentny człowiek to wie, ale zawsze pozostaje nuta nadziei, że a nuż może tym razem się uda.

Szczegóły mojej próby ucieczki pozostawię dla siebie, choć mój wewnętrzny pisarski ekshibicjonizm najchętniej opisałby je szczegółowo... powstrzymuję go przed tym, jak tylko mogę.

Żebyś nie wiem, jak daleko nie wyjechał, to to co wieziesz w swoim sercu, trudno zostawić na lotnisku.

Ba, oni nawet takim bagażem nie są zainteresowani!

Choćbyś nie wiem, jak często mówił temu czemuś w środku "żegnaj", to i tak capnie Cię to w Twoich snach. I tak budzisz się rano i nawet nie masz już o to, co ci się śni, pretensji.

Budzisz się, masz uśmiech na twarzy i po prostu wiesz, że z silniejszym nie wygrasz, a dalsza strategia pożegnań chyba po prostu nie ma sensu.

Nie rozumiem nic z tego, ale wierzę, że po coś to jest i że ma mnie to do czegoś przygotować... trudne te przygotowania i pełne łez, ale widocznie takie mają być. 

Swoją drogą ciekawe, ile jeszcze w moim wewnętrznym plecaku jest rzeczy, które mnie tutaj w Irlandii zaskoczą.

Nie rozumiem, ale ufam i to chyba jedyna rzecz, która pozwala mi to jakoś ogarnąć, bo rozumieć to ja tego nawet nie próbuję!




środa, 15 czerwca 2016

"Ty masz irlandzki akcent."

Mam taki zwyczaj, że choćbym nie wiem, jak bardzo była zmęczona po pracy, to zanim wrócę do pokoju, wyprowadzam samą siebie na spacer!

Właściwie robię najkrótszą trasę, jaką się da, byle jak najszybciej dotrzeć do mojego łóżka.

A że nie tylko ja mam taki pomysł przed snem, więc spotykam na mojej ścieżce różne osoby.

Nie zawsze chce mi się rzucić to ich: "Hi, how are you", ale rzucam, bo co mi szkodzi, a nuż to mój potencjalny, masażowy klient.

Z naprzeciwka szła starsza pani z pieskiem.

No z psem to ja się zawsze chętnie witam w każdym możliwym języku.

Pogłaskałam, pomiziałam, spytałam pieska jak się ma... i wypadało coś powiedzieć do właścicielki.

Nawet nie pamiętam, jak zaczęłam... ale od słowa do słowa, oczywiście na temat psa, nagle słyszę: "Ty masz irlandzki akcent."

Moje oczy stanęły dęba, uszy porządnie wsłuchały się w wypowiedziane wcześniej zdanie, a dusza wręcz wrzasnęła: "no wypraszam sobie! ja mogę mieć każdy akcent, ale na pewno nie chcę mieć irlandzkiego!".

Pani pewnie ze względu na wiek miała prawo nie słyszeć mojego słowiańskiego zaciągu i moje tłumaczenia na niewiele się zdały.

No cóż... klient nasz Pan i nawet ten spotkany na szlaku ma zawsze rację.

"Akcent irlandzki... a fe!" pomyślałam i poszłam dalej!


wtorek, 14 czerwca 2016

... "zając, krzaki, Alicja" pomyślałam...

Dziś  na drodze spotkałam zająca!

Wstałam wcześnie rano, żeby jeszcze przed poranną jogą pójść na krótki spacer i zatańczyć fregatę.

No głupi to był pomysł niesłychanie, bo pogoda postanowiła wrócić na irlandzkie tory i zwyczajnie o 7 było tak zimno, że żałowałam, że nie założyłam żadnych rajstop pod moją cudną spódnicę.

Odtańczyłam, co trzeba, opatulilłam się w to, co miałam i ruszyłam w drogę powrotną do hotelu.

Idę sobie szybkim krokiem, co by się chociaż trochę rozgrzać i nagle widzę cudowne kwiaty... widuję je codziennie, ale akurat pomyślałam, że mała sesja po 7 rano im nie zaszkodzi.


Wyciągnęłam apart, psryknęłam dwie fotki i już miałam go chować. 

Nagle patrzę w kierunku ścieżki, a tam begnie w moją stronę zając!

Najprawdziwszy, leśny, irlandzki zając!


Spojrzał na mnie zaskoczony, a że mój aparat nadal był włączony, udało mi się skubańcowi zrobić zdjęcie, jak już był gotowy do ucieczki w krzaki.

Nawet miałam za nim biec, ale "zając, krzaki, Alicja" pomyślałam i stwierdziłam, że to za duże ryzyko, bo ja za niecałą godzinę muszę być w pracy.

On pobiegł w swoją stronę, ja poszłam w swoją...

Ciekawe, czy to był ten sam zając, który jakiś tydzień temu przyglądał mi się z daleka, jak tańczyłam fregatę na polu golfowym.

Też spotkaliśmy się rano, też tańczyłam... tylko temperatura jakby bardziej nas rozpieszczała.

Wtedy podszedł do mnie na ok. 100metrów.

Niestety, smartfon nie podołał temu wyzwaniu, więc pozostaje Wam uwierzyć mi na słowo że to, co widziałam w oddali, naprawdę było irlandzkim zającem!