niedziela, 7 sierpnia 2016

Facet, ja Ci przez pół książki kibicowałam, żebyś Ty ją wreszcie zostawił!

"And we could sit here guiltlessly and do what professionals are so good at doing: playing God." [I mogliśmy sobie usiąść bez kszty poczucia winy i zrobić, to co profesjonaliści robią najlepiej: pobawić się w Boga.]

I chyba powyższe zdanie najlepiej pokazuje, dlaczego ta książka przypadła mi do gustu!

Tzw. specjalistów, mistrzów diagnozy i innych psychologicznych dyrdymał szczerze nie znoszę, bo sama byłam kiedyś jednym z nich.

Na szczęście TSR ( terapia skoncentrowana na rozwiązaniach) oduczyła mnie nie jednego!

Jeśli uważasz, że nie ma nic lepszego od teorii, modeli i schematów, to może trzeba było zostać...  architektem, a nie brać się za rzeźbienie ludzi!

Torey nie rzeźbi. 

Ona obserwuje, czeka i próbuje zrozumieć... i czy to naprawdę jest takie trudne i nie mogliby tego uczyć psychologów i pedagogów???

A nieee, przecież to poczucie omnipotencji, ta zabawa w Boga są takie pociągające...

....


Ale jest jeden wątek, o którym w książce niewiele, a który nie umknie mojemu czujnemu oku.

Partner Torey nie wytrzymuje i odchodzi od niej.

"A to drań" pomyślała większość psycho-lożek.

Drań?

A ja myślę, że to bardzo mądry facet, bo jakby mi mój partner wyleciał z propozycją robienia wieczorem lodów (takich do jedzenia moi mili!), bo on musi sprawdzić to, zanim to samo zrobi w szkole ze swoimi dziećmi, to bym się wściekła.

O akcji w stylu: miałam kiepski dzień, więc po co mam wracać o normalnej porze do domu, pojeżdżę sobie autem po mieście... no i przyjeżdża ta cudowna wybawicielka dzieci, a on czeka na nią wściekły, bo od dwóch godzin mieli być na kolacji ze znajomymi i coś tam ważnego świętować!

Facet, ja Ci przez pół książki kibicowałam, żebyś Ty ją wreszcie zostawił! 

Brawo!

I pewnie takiego zakończenia recenzji nikt się nie spodziewał, ale cóż ja na to mogę, że pomimo całego szacunku i uznania dla pracy autorki, nie mam ani kszty zrozumienia dla jej wariactwa na punkcie pracy.

Bo ja jeszcze rozumiem, żebyś ty kobieto przyszła do domu i powiedziała: "kochanie, nauczyłam się nowego masażu, kładź się"... a ty wracasz do domu i chcesz z nim robić... lody!

Tego normalny facet nie jest w stanie znieść!

Podsumowując książkę polecam, ale nie wiem, czy zajrzę do następnych.

Autorka wkurzyła mnie i to bardzo! 

Pinterest.com

sobota, 6 sierpnia 2016

Jak boli, to ma powód!

- Skoro chcesz studiować psychologię, to ja ci coś powiem. 90% a może nawet 99% objawów z ciała, które mamy, to sygnały, które nam mówią o tym, że ciało chce nam coś powiedzieć. Zwłaszcza jeśli fizjoterapia nie pomaga, joga nie pomaga i objaw ciągle powraca, to na 99% trzeba usiąść na spokojnie i zadać sobie pytanie: 

"Moje ciało, co chcesz mi powiedzieć?"

I wtedy zaczęła opowiadać o tym, że wychowuje syna sama, że pracuje na pełen etat, żeby siebie i jego utrzymać itd., itd. 

A że znałyśmy się z jogi i był to jej drugi masaż u mnie, to mogłyśmy porozmawiać szczerze i otwarcie.

- Bo ja właściwie nie lubię swoich piersi - usłyszałam nagle  jej głos spod nagłówka.

Osłupiałam na 3 sekundy i spytałam: 

- Serio? Dlaczego ich nie lubisz?

- Wiesz to nie to, że nie lubię, ale mogłyby być inne.. wiesz grawitacja i te sprawy.

Zaśmiałam się w duchu...

- Wiesz, ja już mam 30 lat i u mnie grawitacja też już działa - odpowiedziałam i wpadłam na genialny pomysł - mam dla Ciebie pracę domową. Wrócisz do pokoju i staniesz nago przed lustrem, i będziesz się przyglądać swojemu ciału.

W powietrzu unosiło się wyraźne zainteresowanie!

- Wiesz, co mi pomogło w akceptacji siebie? Spanie nago! Cały dzień jesteśmy ubrani i nie mamy jak poczuć swojego ciała. Jedynie w nocy możemy zrzucić z siebie to, co niepotrzebne. Spróbuj!

Zainteresowanie nie malało!

I wtedy pomyślałam sobie, że to jest prawdziwa, holistyczna praca z klientem na wszystkich jego poziomach. 

I tak powinna wyglądać psychoterapia!

Dostajesz klienta i nie tyle pytasz go, co czuje, co pytasz jego ciało... a ciało jest zero-jedynkowe.

Boli - nie boli

Napięte - rozluźnione 

Jest zakres - nie ma zakresu

Zero gdybania, zero dociekania, zero ściemniania, że ja czuję to albo tamto.

Nie zapomnę, jak mi kiedyś klienci powiedzieli, że przecież oni mówią to, co terapeuta chce usłyszeć...

Szczerze... też tak czasem mówiłam w trakcie terapii... ku zadowoleniu terapeutki i to nie dlatego, że ona robiła coś źle. Absolutnie! Była profesjonalna w 100%!

Ale to temat na inną dyskusję.

Ciało nie robi takich manewrów, ma w nosie zadowalanie kogokolwiek.

Jak boli, to ma powód!

Jak nie boli... tak samo!

Dlatego taka praca jest moją bajką... gdyby móc łączyć wiedzę z jogi, masażu, sztuki i psychologii... byłabym w 78 niebie i wtedy z radością wróciłabym do zawodu psychologa, który tu o dziwo jest moim ogromnym powodem do dumy i ja naprawdę z dumą mówię: "bo ja wbrew pozorom moi drodzy jestem dobrze wykształconą osobą i mam kilka zawodów".

I zapraszam na jogę! 

Tam się zajmiemy Twoimi ramionami, a Ty pamiętaj o pracy domowej. 

Wracasz do pokoju, rozbierasz się i stajesz nagusia przed lustrem!

Miłego dnia Kochana!

Uściskałyśmy się i wycałowałyśmy na koniec, jak na piękne kobiety przystało i życzyłyśmy sobie wszystkiego, co najlepsze!

Do zobaczenia... w przyszłości!

piątek, 5 sierpnia 2016

"Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono"!

Od momentu pojawienia się masażu Lomi Lomi Nui, moje życie przyspieszyło stukrotnie.

Gdyby mi ktoś powiedział, żebym wymieniła to, czego dowiedziałam się o sobie i o życiu w ciągu roku i trzech miesięcy, to bym chyba musiała książkę na ten temat napisać (co by wcale nie było takie głupie!).

Część tej wiedzy przyswoiłam, część trawie do dziś, a część czeka w poczekalni na swoją kolej.

A prosiłam ze łzami w oczach na zjeździe Lomi z Susan, że ja już jestem tym tempem zmęczona, że ja już bym odpocząć chciała...

Ale widocznie chyba wszyscy Bogowie jak na złość ucięli sobie wtedy poobiednią drzemkę i moje prośby do nich nie dotarły... albo co gorsza, oni naprawdę wierzą w to, że ja to wszystko dźwignę!

Wielkie dzięki... choć raz moglibyście we mnie zwątpić! 

Ile można przyswajać?

Ile można trawić samą siebie?

Ile można przerabiać wiedzy w tak ekspresowym tempie?

Ja po prostu czasem padam... i nawet jak padam, to zawsze jest coś nowego, czego dotąd o sobie nie wiedziałam, ale jak to mówiła moja nauczycielka jogi: "tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono"!

Wy wiecie lepiej, po co i na co wrzuciliście mnie na przyspieszony kurs życia. 

Bo ja już nawet nie próbuję doszukiwać się w tym sensu...

Wierzę, jak to mówiła moja lekarka medycyny chińskiej, że "los nigdy nie chce nas skrzywdzić", a ja dodawałam, że "tylko my niepotrzebnie z nim walczymy".

Więc ja już nie walczę, ale tylko grzecznie pytam: "Kiedy u licha zwolnisz życie?"

Bo ja bym na jakiś urlop w końcu poszła!

czwartek, 4 sierpnia 2016

... to widok poniżający dla jego męskiej natury.

Moje Drogie Panie,

Mam ogromną prośbę!

Zanim zapiszecie swoich mężów na zabieg w SPA, przeczytajcie dokładnie, co wchodzi w jego skład.

Przyszedł do mnie On - Mężczyzna nie do końca świadom tego, co go czeka.

A ja go przez pierwsze dwadzieścia minut smaruje olejami, kokosowym czymś tam i jakiś mleczkiem... a potem zawijam go w folię...

I patrzę na tego biedaka, który nie za bardzo wie, czy bardziej jest zażenowany czy zaskoczony, a który pyta się, ilu mężczyzn wybiera taki zabieg.

A ja tylko czuję w moim pokoju Żelaznego Jana (O Żelaznym Janie słów kilka!), który puka się w czoło i z niedowierzaniem patrzy na na to, co ja wyrabiam.

Dobrze, że mnie podkusilo by puścić składankę ulubionych piosenek, a tam głównie mam śpiewających mężczyzn. 

Panowie, gdyby nie Wy, to ja nie wiem, co ja bym zrobiła!

I choćby mnie zaraz stado genderowców miało zlinczować, to absolutnie uważam, iż mężczyzna zawinięty w folię, obsmarowany jakimiś mazidłami, to widok poniżający dla jego męskiej natury.

Dlatego drogie panie, puknijcie się w te wasze czoła i zapiszcie swoich mężczyzn na masaż... zwykły, toporny masaż. 

I nie róbcie tego nigdy żadnemu Mężczyźnie!!!

Szacunek dla męskiej natury to podstawa!

P.S. Szkoda, że tego biedaka jeszcze na manicure nie wysłali...

środa, 3 sierpnia 2016

Jak jest wilgoć, to jest zimno!

Jest taki rodzaj irlandzkiej pogody, który choćbyś nie wiem, ile miał w sobie pogody ducha, uśmiechu i cholera wie jeszcze czego, rozwala Ci ten Twój optymizm w drobny mak.

I widzisz swoją ukochaną ławeczkę i ten płotek, za którym ... (wpisać dowolne przekleństwo!) widać.

I choćby jeszcze przy takiej pogodzie było ciepło na tyle, żeby pobyczyć się na ławce i poczytać książkę, to człowiek nie śmiałby narzekać.

Ale nieeee, jak jest mgła, to jest wilgoć wystrzelona w kosmos. 

Jak jest wilgoć, to jest zimno!

Przynajmniej mi jest wtedy zimno, bo nawet ajurwedyjskie mądrości wiedzą, że K. to wytrzyma każdą temperaturę, byle by nie było wilgotno!

I tak się ta K. zastanawia, co u licha robi w Irlandii, gdzie wilgoć jest wpisana w czasoprzestrzeń tak, jak pożary w australijski busz.

I tak sobie K. myśli, że są mądrzejsi, którzy znają cel tego pobytu i jak zwykłe milczą.... bo po co? 

Bo na co dać K. jakiś znak. 

Niech czeka cierpliwie, a że ci z Góry wiedzą, że cierpliwość nie należy co cnót , w których K. jest mocna, więc milczą dalej...

A Ty wciąż się zastanawiasz, ilu ludzi rocznie strzela tu samobója, bo wiesz, że na dłuższą metę, to tu się nie da, bo tu albo pić, albo się zabić albo pisać wiersze!

Mi chyba pozostaje to ostatnie... 

P.S. No dobra, prawdę mówiąc od mojego przyjazdu, to zaledwie trzy dni takie były, ale musiałam jakoś podramtyzować dla dobra sztuki ;-)