wtorek, 19 lipca 2016

Tylko "next please!"...

Kryzys  numer jeden uważam za zakończony!

Tak, Natalia K. nie jest, jakby się wszystkim wydawało cyborgiem, który zaraża pozytywną energią i przez cały Boży dzień tylko  kocha świat, ludzi i pieski.

Nawet takiemu pozytywnymi człowiekowi jak ja zdarzają się kiepskie dni.

A właściwie te moje były bardzo kiepskie... najbardziej kiepskie ze wszystkich kiepskich, jakie pamiętam od lat.

Ale wtedy zdarzył się cud!

Wstałam rano, mojej współlokatorki nie było w pokoju, wiedziałam, że przede mną piąty a może szósty dzień mojego sześciodniowego maratonu w pracy, a moje ciało po prostu boli... i jedyne, co byłam w stanie zrobić, to porządnie się rozpłakać.... dobrze, że zrobiłam to przed nałożeniem pudru, a nie po! 

To by dopiero była tragedia!

Popłakałam sobie nad swoim losem i spojrzałam w lustro, i pierwszy raz zobaczyłam w sobie kogoś, kogo nigdy dotąd nie widziałam.

Zobaczyłam najpiękniejszą kobietę na świecie... z pięknymi, dużymi oczami pełnymi łez, która ma przepiękne, zdrowe, ciemne włosy poupinane spinkami, a w oczach mądrość, wrażliwość i kobiecość... i oczywiście widok ten wzruszył mnie na tyle, że mój płacz trwał jeszcze następne pięć minut...

I wtedy zrozumiałam, że do mojego gabinetu po prostu nie mają prawa trafiać inni ludzi, aniżeli Ci, którzy są po prostu piękni, boscy i prawdziwi. I w niczym ani ja nie jestem od nich lepsza, ani oni ode mnie. Ani ja nie jestem od nich piękniejsza, ani oni ode mnie.

I tego nauczył mnie mój kryzys.... i do mojego rytuału masażowego dołączyłam jeszcze jeden ukłon.

Zawsze pod sam koniec składam dłonie, dziękuję Górze, dziękuję Klientowi (jak jest Dzidzia, to i Dzidzi).. i od tygodnia dziękuję też sobie... bo tak samo jak moi klienci mam w sobie to, co najpiękniejsze i najbardziej boskie i naprawdę nie widzę powodu dla którego miałabym siebie pomijać. 

A jak mi czasem smutno... i nie umiem mojego smutku wygonić z gabinetu, patrzę w lustro i posyłam sobie uśmiech... najpiękniejszy na świecie dla Kobiety mądrej, pięknej, wrażliwej i pełnej wdzięku... 

I to samo widzę w oczach moich klientów: mądrość, piękno, wrażliwość i wdzięk... i dlatego coraz częściej wychodzę z gabinetu zasmarkana, a w oczach mam łzy... no cóż... taki widać los wrażliwców... i tylko czasem my - wrażliwi spotykamy sie w gabinecie numer cztery i podróżujemy gdzieś bardzo głęboko. Ja wgłąb siebie, oni wgłąb swojej duszy... i serce ściska mi się, kiedy im muszę powiedzieć: " zostawiam cię na 2-3 minuty, żebyś odpoczął. Nie wstawaj za szybko, bo możesz źle się poczuć. A za kilka minut wrócę po ciebie i pójdziemy do pokoju relaksacyjnego." 

Ani porozmawiać, ani popłakać... 

Tylko "next please!"... 

niedziela, 17 lipca 2016

Oni zaczynają znikać z mojego gabinetu...

I przychodzi taki moment w pisaniu bloga, kiedy zaczynam podejrzewać, że ów Blog jest czymś więcej niż tylko blogiem.

Wystarczy, że napiszę coś na temat tych klientów, za którymi nie przepadam i zaczynają dziać się cuda. 

Oni zaczynają znikać z mojego gabinetu, a jeśli się nawet pojawiają, to tak jakby ich moc była słabsza... 

Dziwne to niesłychanie, ale paradoksalnie czuję się, jakbym zyskała nowego Przyjaciela. 

Dziękuję Ci Blogu! 

Pamiętam nasze początki, jakby to było wczoraj... 

- Czy joga rzeźbi ciało? - padło pytanie.
- Nie, niespecjalnie. - odpowiedziałam.
- A co rzeźbi?
- .... głowę!

I tak to się zaczęło, a teraz? 

Nie wyobrażam sobie tygodnia bez Ciebie!

Pomagasz przetrwać, mieć kontakt z moim cudownym językiem i jeszcze czarujesz! 

Dziękuję... jesteś moim prywatnym, osobistym pisarskim przyjacielem.... i wiesz, co jest w nas najlepsze? 

Że zostaniemy ze sobą do końca Życia, a może jeden dzień dłużej i nigdy nikt nas nie rozłączy... 

Dziękuję Przyjacielu! 

Dobrze, że jesteś :-* 

czwartek, 14 lipca 2016

P.S. Pozdrów Dziadka!

Do mojego gabinetu zaglądają moi Przodkowie.

O Dziadku już pisałam....

Niedawno odwiedziła mnie moja prababcia Wikcia, którą zapamietałam głównie dzięki temu, że była mistrzynią zbierania jagód, a ja potem po mistrzowsku zjadałam je z cukrem i śmietaną!

Co jakiś czas spotykam się również z moją ukochaną Babcią (tą od dziadka!) i co najciekawsze, babcia zawsze wpada wtedy, gdy  mam na stole przedstawiciela gatunku: "gbur, cham i prostak" płci żeńskiej.

Dziwiło mnie to niesłychanie, ale dla mojej mamy oczywiste było to, że babcia pojawia się akurat wtedy, żeby mnie chronić.

Ma to sens!

Mocna energia "gbura, chama i prostaka" jest na tyle niefajna do masowania, że jakiś miły akcent odwraca od niej uwagę.

I faktycznie, jakby łatwiejsze się stawały te masaże dzięki niej. 

Dziękuję Babciu!

Ty to Agentka jesteś! 

Wiem o tym doskonale, choć Ty po sobie nie dawałaś wiele poznać... ja i tak swoje wiem ;-)

Bo my - wiedźmy wiemy więcej, niż inni, prawda?

Dziękuję Ci za ochronę i ten promyk uśmiechu, bo gdyby nie on, wiele klientek zostałoby uduszonych na masażowym stole.

Jesteś i byłaś Wielka, a Twoja moc sięga baaaaardzo daleko.

I jakbyś mogła poodsyłać te wszystkie panny do innych gabinetów, to będę Ci bardzo wdzięczna!

Aaaaaa i jeszcze prośbę mam!

Ty wiesz, o czym marzę najbardziej i Ty wiesz, w czym mogłabyś mi najbardziej pomóc... 

Kocham Cię Babciu i tęsknię :-*

P.S. Pozdrów Dziadka! 

poniedziałek, 11 lipca 2016

... na tym etapie język nie ma znaczenia.

Coraz częściej do mojego Gabinetu trafiają Boginie!

Nie są to zwykłe kobiety, ale Boginie, które przeprowadzają do mnie swoje cudowne ciała, a w środku jednego lub dwóch cudownych ludzi.

Jeśli bystrość Twa Czytelniku nadal nie pozwala Ci załapać, o kim mówię, to Ci podpowiem.

Boginie to wszystkie ciężarne, które kocham i wielbię z każdym masażem coraz bardziej i których ciała przestają być dla mnie zagadką.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie uroniła dziś... a może wczoraj kilku łez, kiedy uświadomiłam sobie, że masuję najwyższą świętość, jaką można masować.

Pozostali klienci też jacyś tacy boscy się ostatnio zrobili ale One, Boginie, zdecydowanie biją pozostałych na łeb na szyję swoją wyjątkowością.

I nic mnie tak w trakcie masażu nie rozczula, jak w tle puszczona piosenka Raz dwa trzy "Idź swoją drogą!"... bo musi być i coś dla mamy, i dla dzidziusia.

I ta piosenka jest ode mnie dla Was drogie Maluchy...

Nie śmiem dotykać brzucha Waszych Mam, choć jeśli bym chciała i dostałabym zgodę, mogłabym to robić... ale nigdy się na to ne zdecyduję, bo wierzę, że jedyne dwie osoby, które mają  prawo gładzić Cię po główce to mama i tata, a ja jestem kompletnie kimś obcym.

Mógłbyś się mnie tylko przestraszyć.

Dlatego jedyne, co Ci mogę dać, to błogość Twojej Mamy i piękną piosenkę po polsku, bo wierzę, że na tym etapie język nie ma znaczenia.

Ty i tak doskonale wszystko rozumiesz.

"Idź swoją drogą" i zawsze słuchaj swojego serduszka...

Z uściskami i z ogromną miłością
Ciocia Nathalie.

sobota, 9 lipca 2016

A kiedyś ktoś usiądzie przy mnie, rozplecie mój warkocz....

Co wieczór wracam z pracy i tuż przed prysznicem rozpuszczam moje włosy.

"No może bez przesady. Teraz to ci fantazja zaszalała! Po prostu zdejmujesz z nich ponad dziesięć różnych spinek, bez których nie byłabyś w stanie tutaj przetrwać."

Jest coś w tym momencie uroczystego i intymnego.

Słowianie wierzyli, że rozpuszczone włosy u kobiety, to utrata energii...

I ja się z nimi zgadzam w 100%!

Ja to prostu czuję i czułam jako dziewczynka, a potem nastolatka, że nosząc rozpuszczone wlosy, a miałam je do pupy, czułam się autentycznie naga i teraz czuję dokładnie to samo... choć włosy mam zaledwie do ramion!

Tak jakby rozpuszczone i wolne włosy należały się tylko nielicznym i tylko wybrańcy mogli je zobaczyć w pełnej okazałości.

Póki co do wybrańców należy moja współlokatorka i czasem koleżanka z sąsiedniego pokoju... niech będzie, ale prócz dziewcząt nikt mnie tutaj nigdy nie widział w rozpuszczonych włosach... i bardzo dobrze. 

A jak będą naprawdę długie, to zaplotę je  w upragniony warkocz jak na prawdziwą Słowiankę przystało, a rozplotę je tylko dla wybrańców... albo lepiej powiedzieć... wybrańca, jak to Słowianki czyniły.

Ach, jest coś w tych włosach magicznego... jak dobrze, że moje są coraz dłuższe i dłuższe, i dłuższe!

A kiedyś ktoś usiądzie przy mnie, rozplecie mój warkocz i mi je rozczesze przed snem... jak na piękny, słowiański rytuał przystało...

Tak przynajmniej na kursie mówili... Gimnastyki Słowiańskiej ;-)