poniedziałek, 11 lipca 2016

... na tym etapie język nie ma znaczenia.

Coraz częściej do mojego Gabinetu trafiają Boginie!

Nie są to zwykłe kobiety, ale Boginie, które przeprowadzają do mnie swoje cudowne ciała, a w środku jednego lub dwóch cudownych ludzi.

Jeśli bystrość Twa Czytelniku nadal nie pozwala Ci załapać, o kim mówię, to Ci podpowiem.

Boginie to wszystkie ciężarne, które kocham i wielbię z każdym masażem coraz bardziej i których ciała przestają być dla mnie zagadką.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie uroniła dziś... a może wczoraj kilku łez, kiedy uświadomiłam sobie, że masuję najwyższą świętość, jaką można masować.

Pozostali klienci też jacyś tacy boscy się ostatnio zrobili ale One, Boginie, zdecydowanie biją pozostałych na łeb na szyję swoją wyjątkowością.

I nic mnie tak w trakcie masażu nie rozczula, jak w tle puszczona piosenka Raz dwa trzy "Idź swoją drogą!"... bo musi być i coś dla mamy, i dla dzidziusia.

I ta piosenka jest ode mnie dla Was drogie Maluchy...

Nie śmiem dotykać brzucha Waszych Mam, choć jeśli bym chciała i dostałabym zgodę, mogłabym to robić... ale nigdy się na to ne zdecyduję, bo wierzę, że jedyne dwie osoby, które mają  prawo gładzić Cię po główce to mama i tata, a ja jestem kompletnie kimś obcym.

Mógłbyś się mnie tylko przestraszyć.

Dlatego jedyne, co Ci mogę dać, to błogość Twojej Mamy i piękną piosenkę po polsku, bo wierzę, że na tym etapie język nie ma znaczenia.

Ty i tak doskonale wszystko rozumiesz.

"Idź swoją drogą" i zawsze słuchaj swojego serduszka...

Z uściskami i z ogromną miłością
Ciocia Nathalie.

sobota, 9 lipca 2016

A kiedyś ktoś usiądzie przy mnie, rozplecie mój warkocz....

Co wieczór wracam z pracy i tuż przed prysznicem rozpuszczam moje włosy.

"No może bez przesady. Teraz to ci fantazja zaszalała! Po prostu zdejmujesz z nich ponad dziesięć różnych spinek, bez których nie byłabyś w stanie tutaj przetrwać."

Jest coś w tym momencie uroczystego i intymnego.

Słowianie wierzyli, że rozpuszczone włosy u kobiety, to utrata energii...

I ja się z nimi zgadzam w 100%!

Ja to prostu czuję i czułam jako dziewczynka, a potem nastolatka, że nosząc rozpuszczone wlosy, a miałam je do pupy, czułam się autentycznie naga i teraz czuję dokładnie to samo... choć włosy mam zaledwie do ramion!

Tak jakby rozpuszczone i wolne włosy należały się tylko nielicznym i tylko wybrańcy mogli je zobaczyć w pełnej okazałości.

Póki co do wybrańców należy moja współlokatorka i czasem koleżanka z sąsiedniego pokoju... niech będzie, ale prócz dziewcząt nikt mnie tutaj nigdy nie widział w rozpuszczonych włosach... i bardzo dobrze. 

A jak będą naprawdę długie, to zaplotę je  w upragniony warkocz jak na prawdziwą Słowiankę przystało, a rozplotę je tylko dla wybrańców... albo lepiej powiedzieć... wybrańca, jak to Słowianki czyniły.

Ach, jest coś w tych włosach magicznego... jak dobrze, że moje są coraz dłuższe i dłuższe, i dłuższe!

A kiedyś ktoś usiądzie przy mnie, rozplecie mój warkocz i mi je rozczesze przed snem... jak na piękny, słowiański rytuał przystało...

Tak przynajmniej na kursie mówili... Gimnastyki Słowiańskiej ;-)



czwartek, 7 lipca 2016

... wodę z cytryną poproszę... i bezę z wiśniami!

Bo w SPA może być jak... w korpo!

Są tutaj imprezy integracyjne, na których wypada się pokazać. Tak przynajmniej twierdzi szefowa!

Mi wystarczy jedna fraza, żebym wiedziała, że będę ostatnią osobą, która gdziekolwiek pójdzie, a mianowicie: "wypada się pokazać!"... i drink darmowy ma być!!!

Super... zwłaszcza, że ja nie piję, a miejsc głośnych unikam jak ognia.

Ciekawe, co mi zrobią, jak nie zaszczycę ich swoją obecnością?

Zwolnią, naganę dadzą albo może skarcą, że nie integruje się z ludźmi...

Ja wam coś Ludzie powiem...

Raz, nie łącze życia zawodowego z prywatnym i to mój wybór, jak spędzam czas wolny. W wieku lat trzydziestu umiem go sobie sama zorganizować.

Dwa, na tyle jestem zmęczona rozmowami w nie swoim języku, że perspektywa kolejnych godzin z bełkoczącym irlandzkim mnie nie zachęca.

Trzy, na miłość boską, jak się pracuje z ludźmi, to chcę się od nich odpocząć....

Aaaaaa i cztery... ja zamiast tego drinka wolałbym bilet do kina i taksówkę do najbliższego miasta.

Idei integracji nie zrozumiem nigdy, bo każda z nich kończy się tym samym, więc jeśli ma mnie to wyróżniać, to proszę bardzo. 

Nie będzie to nic nowego w moim życiu.

Jak tłum w lewo, to ja w prawo! 

Integracji to ja potrzebuję z przyrodą, ale że ostatnio pogoda jej nie ułatwia, więc nie jest o nią łatwo... i tęskno mi do mojej ławeczki i do słoneczka i do książki... takiej integracji potrzebuję najbardziej.

Drink?

Nie dziękuję, wodę z cytryną poproszę... i bezę z wiśniami!

wtorek, 5 lipca 2016

"Dobry znak!"

Beznamiętnie przesłuchuję kolejne utwory w poszukiwaniu tych, które chciałabym mieć na mojej liście puszczanej podczas Lomi Lomi Nui i nagle trafiam na utwór ściągnięty bardziej lub mniej świadomie w okresie kiedy przeżywałam swój zachwyt szeroko pojętą Słowiańszczyzną (trwało to może z tydzień!).

Słucham kilku pierwszych dźwięków i chcąc nie chcąc łzy same napływają do oczu, a ciało pokrywają dreszcze.

Mantra...

Przynajmniej mam dowód na to, że mimo przeszywającego mnie tutaj zimna, jeszcze pozostały we mnie resztki uczuć.

"Dobry znak!" - pomyślałam wsłuchując się w tekst, bo skoro mam to puszczać na Lomi, fajnie by było wiedzieć, o czym oni śpiewają.

W sumie... w moim zestawie jest kilka innych utworów w takich językach jak aborygeński, arabski czy też hiszpański i szczerze mówiąc one nie interesują mnie aż tak bardzo w sensie znaczenia, jak ta piosenka... bądź co bądź... jakby nie patrzeć z moich terenów!

Ryzykowne będzie to puścić i masować przy tym, bo znowu mnie czeka kierowanie łez na ręcznik, a nie na nogę klienta.

Uwierzcie mi lub nie, ale kiedy jedna ręka masuje, druga robi rotacje, to płacząca głowa musi wykazać się niezłą gimnastyką, żeby łzy trafiały gdzieś obok a nie centralnie na leżącego człowieka.

Czasem mam dosyć tej swojej emocjonalność, która jakby nadrabiała lata bycia uczuciowym betonem.

Fajnie, pięknie i ładnie!

Terapeuci biją brawo, a ja wciąż nie nadążam i nawet nie próbuję przyzwyczajać się do tego, co czuję.

"Przyszło sobie to i pójdzie w cholerę!" powtarzam sobie, gdy mi źle i smutno, i gdy deszcz robi swoje przez pół dnia... oczywiście wtedy, kiedy ja mam wolne!

I tylko krąży mi po głowie jedno pytanie.

Ciekawe jaki tu jest odsetek... samobójstw?! ;-) 

P. S. Sprostowanie... ostatnio jest nawet ciepło... 16 stopni, co przy tej wilgotności wbrew pozorom daje efekt czegoś  w rodzaju wczesnego lata ;-)

niedziela, 3 lipca 2016

... w polskim cv one znaczyły by tyle, co nic...

Co jakiś czas do moich rąk wpadają kolejne laurki!

Część z nich w formie ustnej, część w formie pisemnej i te drugie drukuje mi moja wspaniała szefowa!

Dziękuję Ci za nie bardzo!

Sama wiesz, jaką one mi sprawiają radochę!

Tulę je jak dziecko!

Bo niby człowiek wie, że to co robi, jest dobre, ale jednak czasem zdarzy się ktoś, kto właściwie nie wiadomo, czy był zadowolony z masażu czy też nie, bo trudno z jego anglosaskiej, bezemocjnalnej odpowiedzi cokolwiek wywnioskować. I wtedy głowię się strasznie nad tym, gdzie popełniłem błąd.

Na szczęście wtedy pojawia się Szefowa z kolejną laurką, a ja cieszę się jak dzieciak, który dostał dyplom ukończenia zerówki i już wie, że nie jest z tymi jego masażami tak najgorzej.

Poniższą laurkę można by przetłumaczyć tak: "Natalia ze SPA. Jej umiejętności są ponad miarę [nie do ocenienia]"... smutno i wesoło mi się zrobiło jednocześnie.


Wesoło... nie trzeba chyba tłumaczyć dlaczego...

Smutno... przez całe zawodowe życie w Polsce miałam ciągle wrażenie, że moje cv jest niewystarczające, że mam za mało kursów, za mało lat doświadczenia i pewnie za mało wzrostu (co w przypadku rekrutacji na stewardesę jest nie bez znaczenia!). Odczuwałam to boleśnie zarówno w byciu psychologiem, trenerem jak i masażystą.

Dlatego smutek mnie ogarnął niezmierny, kiedy ktoś, kto pewnie zetknął się ze mną na maksymalnie 2-3h... być może podczas masażu... być może podczas zajęć z jogi... być może podczas obu z nich... widział we mnie to, czego nie udowodni żadne cv, bo lat za mało, bo szkół za mało, bo kursy nie te... 

Tak jakby kolejny papier miał większe znaczenie od tego, kim jestem i jaka jestem.

Moi klienci nie znają mojego cv.

Większość z nich nie ma pojęcia o tym, że masuję dopiero dwa lata, nie jestem po fizjoterapii, a jogi uczę... właściwie dopiero w Irlandii zaczęłam jej uczyć regularnie.

Oceniają to, co dostają ode mnie w gabinecie nr 4 i na sali, gdzie praktykujemy.

Zero cv, zero kserokopii dyplomów, świadectw i referencji...

Tylko czysta ocena tego, co robię!

Szkoda, że tych słów nie da się wsadzić do polskiego cv... 

... z resztą w polskim cv one znaczyły by tyle, co nic...

Stąd mój smutek niesłychany...