sobota, 2 lipca 2016

"Ok szefie...., wykonane!"

Przychodzi taki momentu w życiu człowieka dorosłego, że dojrzewa on w końcu do tego, żeby brać się w garść szybciej niż wskazują na to poradniki, terapeuci i inni udrawiacze razem wzięci.

Są to momenty, kiedy przypominam sobie, że stawianie siebie do pionu wychodzi mi jedynie, gdy zwracam się do siebie... po nazwisku!

Zero pieszczot, zero cackania się!

Nazwisko i tekst komendy!

"K. Ty się weź ogarnij! Ty przestań pitolić, że jesteś zmęczona, Ty wykorzystaj swoją szansę najlepiej jak potrafisz!"

I tak gadam do siebie w trakcie masażu, bo wtedy chyba mam najbliższy kontakt ze swoim wewnętrznym Użalaczem się...

A Użalacz ten przypomina o sobie, kiedy znowu pojawia się dzień, w którym mój angielski staje mi kołkiem w gardle i to, co już wydawało się przyswojone, ponownie wymaga długiego zastanawiania się.

To są dni, których szczerze nienawidzę....

Dzień wcześniej jeszcze gadasz płynnie i nawet zdarza Ci się odpowiedzieć coś komuś z automatu, bez zastanawiania się, a potem przychodzi "Ten" dzień, w którym wszystko zaczynasz od zera... i znowu czujesz się jak w jednej, wielkiej klatce swoich własnych ograniczeń językowych...

Bo tak bardzo chcesz coś ludziom przekazać, a tak bardzo Ci brakuje słów... i wtedy mój wewnętrzny pisarz łka, kuli się i frustruje jednocześnie, bo jest to dla niego tak niezmiernie trudne i bolesne... jakby malarzowi zabrać ulubione pędzle i kazać mu malować tym, co ma... 

I dlatego frustracja jest czymś, co towarzyszy mi tutaj prawie codziennie i pewnie zostanie ze mną co najmniej do wylotu...

I jedyne, co wtedy pomaga, to tekst: " K., Ty się weź w garść, Ty przestań pitolić, Ty się ucz codziennie nowego słówka... wykonać!"

"Ok szefie...., wykonane!

Bez odbioru!"

Facebook, Beata Pawlikowska

piątek, 1 lipca 2016

Dla Was gabinet numer cztery jest zamknięty...

Klientów  SPA można podzielić na dwie grupy.

Warto dodać, że mówimy o SPA, które za masaż pleców 25-minutowy bierze sobie... 55 euro, a nocleg w hotelu kosztuje... nieważne!

Kto koniecznie musi wiedzieć, niech sobie zerknie na stronę.

Wracając do podziału...

Grupa numer jeden!

Klient uśmiechnięty, pogodny, chętny do pogawędek, pełen optymizmu i uroku osobistego. 

Zdarza mu się przegadać ze mną cały masaż i pytać mnie o tak intymne rzeczy, jak partner życiowy, ilość dzieci, jaką chcę mieć czy wiara w Boga... nie ma problemu - z klientem tej grupy to ja nawet o Buddzie, Mahomecie i papieżu Franciszku mogę rozmawiać!

Są to również osoby, które w trakcie masażu zdejmą pierścionek z palca tylko dlatego, żebym ja o niego na zahaczyła i nie poraniła sobie dłoni!!!!

Naprawdę, nie żartuję! 

Jedna Pani tak dzisiaj zrobiła!

I to są klienci, którym to ja mam ochotę dawać napiwki, buziaki i uściski!

Góro moja droga, niechaj wszystkie ścieżki prowadzą ich do gabinetu numer cztery!

Natomiast grupa numer dwa to taki rodzaj gatunku ludzkiego, któremu nadmiar kasy porządnie we łbie poprzestawiał!

Rok temu pewien "gość" narzekał, że jeden z pracowników hotelu korzysta z basenu... a tym pracownikiem był... ratownik!

Jakim to trzeba być gburem, chamem i prostakiem (a do tego debilem!), żeby w ogóle wpaść na coś takiego i iść z tym do szefa wszystkich szefów!

W gabinecie masażowym ów grupa reprezentowana jest głównie przez kobiety (o ile to piękne słowo im się w ogóle należy), które na każde możliwe pytanie, odburkują coś pod nosem, a Ty się zastanawiasz, czy masz się zamknąć czy prowadzić dalej wywiad, bo wzrok ów grupy jest taki, jakby chciał powybijać połowę ludzkości!

Ja wiem, że mój hotel o takich dba wręcz przesadnie, ale ja bym im najchętniej powiedziała, że skoro się Państwu (nie, to będzie za grzeczne!) coś nie podoba, to drzwi są tuż za waszymi plecami i śmiało, klamka z reguły nikogo jeszcze nie ugryzła... a powinna!

Także jak widać pieniądze bardzo weryfikują ludzi i dzielą na tych, przy których słowo "człowiek" naprawdę brzmi dumnie, i na tych, przy których słowa "gbury, chamy i prostaki" to słowa zbyt delikatne.

Gdyby oni wiedzieli, że masowani są przez kogoś, kto ma więcej szkół i kwalifikacji od kilku z nich razem wziętych, to by się nieźle zdziwili... ale tej wiedzy o mnie dowiadują się ci z grupy numer jeden... co ja będę "gbura, chama i prostaka" wyprowadzała z błędu poczucia bycia lepszym. 

Karma zrobi swoje!

Co dajesz innym, świat odda Ci z nawiązką!

Dla Was gabinet numer cztery jest zamknięty, a klamka gryzie, pali i szczypie!

P.S. Pewnie niektórych bardzo zaskoczę, ale wbrew pozorom jeśli chodzi o narodowość grupy numer dwa... wcale nie przeważają w niej Brytyjczycy... ;-)

środa, 29 czerwca 2016

"You've made my day"

7:35 rano...

Przebrana w krótkie szorty i top wpadam do kuchni, żeby odznaczyć się, że jestem już w pracy i widzę, jak jeden z naszych hinduskich kelnerów (O Bogowie wybaczcie, nie pamiętam jego imienia!) macha do mnie ręką, żebym poszła za nim.

Szybka gonitwa myśli: " on, ja i pusta sala restauracyjna" nie zachęcały, ale ciekawość pchała do przodu, a on ciągnie mnie pod samo okno i mówi podekscytowany: "Look!" [Spójrz!] pokazując mi najpiękniejszą i największą tęczę jaką widziałam w Irlandii!!!!

A jak już miałam wracać do SPA, bo byłam przed zajęciami jogi, to usłyszałam: "Make a wish!" [pomyśl życzenie!]

Oczywiście, że pomyślałam!

Długo rozmyślałam o całej tej sytuacji i doszłam do wniosku, że to była najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek jakikolwiek mężczyzna mi pokazał... 

"You've made my day" powiedziałam mu po zajęciach. 

"Musisz mi wysłać to zdjęcie, które zrobiłeś"....

A że nie miałby jak tego zrobić, to dostał dziś na karteczce mój adres e-mail, numer irlandzki... i numer polski, bo na niego mam Whatsappa a poza tym wiem, że on często do Polski wpada! Może mu się przydać ;-) 

I chyba spośród tych wszystkich palaczy (90% pracowników pali!), on wydaje się najbardziej niepozorny... tak jakby tutaj nie pasował... z papierochem w każdym razie go nie widziałam!

W sumie jak patrzę na moje dziewczyny ze SPA, które godzinę szykują się na wyjście do pubu, bluzki z dekoltem do pępka, średni wiek 22... to ja też tutaj... nie pasuje!

Ale w ramach przystanku... mogę oglądać wszystkie najpiękniejsze tęczę świata i dać się im prowadzić tam, gdzie będzie mi dobrze, ciepło i po mojemu!

Bo czasem, żeby dojść do miejsca, o którym się bardzo marzy, najpierw trzeba odwiedzić kilka innych miejsc...

To jak z chodzeniem po górach... nikt nie zaczyna przygody z górami od K2!

Irlandio, jesteś najpiękniejszym przystankiem, jaki mogłam sobie wybrać!

Dziękuję!

wtorek, 28 czerwca 2016

... bo takiego podrywu przeoczyć nie można...

Stoję sobie w recepcji naszego SPA, a tam przed ladą biega chłopczyk.

Wychodzę do niego, uśmiecham się,  a on do mnie: "Hello!"... był za młody, żeby pamiętać, że jeszcze powinien mnie spytać z automatu "how are you?" [tutaj wnikliwe oko Czytelnika powinno doszukać się... ironii!]

Więc odpowiadam mu z uśmiechem: "Hello!", a on zawija się na pięcie, biegnie w moją stronę i przytula się do moich nóg, bo wyżej nie dało rady... sięgał mi do bioder...

Już mu chciałam odpowiedzieć po polsku: "ojej, też cię kocham", ale szybko ugryzłam się w język i powiedziałam: "It is so nice. I like you too!" [To takie miłe. Ja też cię lubię!]

Bo to naprawdę było... miłe.... w sumie dał mi to, czego tak bardzo potrzebowałam...

Dziękuję Ci chłopczyku!

A opowiadałam wam o tym, jak dostałam w prezencie dwa kamyki???

Siedzę sobie na ławce, a do barierki podchodzi chłopiec. Przy barierkach mamy taki ciąg usypany małymi kamieniami... no cud malina dla małych dzieci. Wszystkie tam podchodzą, wszystkie biorą kamyki do rączek i albo rzucają nimi o szybę albo przerzucają je nad nią, a one wtedy spadają w dół centralnie na czyjąś głowę - pomysł iście szatański!

Ale ja nie o tym...

Siedzę na ławce, rozmawiam z mamą przez telefon i widzę, jak do kamieni zbliża się chłopiec.

Młody bierze dwa kamyki, zerka na mnie... ja tradycyjnie uśmiech numer sześć i pół (taki specjalny, zarezerwowany tylko dla dzieci... i psów!), słyszę uszami duszy gotowość taty do tego, żeby mu powiedzieć: "zostaw te kamienie", ale szybkość młodego przewyższa szybkość ojca i co młody robi?

Podchodzi do mnie, wyciąga rączkę i podaje mi pierwszy kamyk, więc przerywam rozmowę z mamą, bo takiego podrywu przeoczyć nie można i dziękuję mu za ten prezent, a on nie zastanawia się i po sekundzie wręcza mi drugi kamyczek... i tak noszę te kamyki w plecaku i tak się zastanawiam, w czyje ręce pójdą dalej...

Także ten... irlandzkie dzieci mnie chyba lubią... ja też bardzo je lubię, bo zauważyłam, że im młodsze dziecko, tym jego angielski jest mniej bełkotliwy!

Serio!

Irlandzkie dzieci mają brytyjski akcent... ale potem idą do szkoły i zaczyna się jeden, wielki bełkot!

A ja potem stoję w recepcji naszego SPA i ledwo rozumiem, co oni do mnie mówią... 

A telefonów to ja nawet nie próbuję odbierać!

Po polsku nie znosiłam załatwiania czegokolwiek przez słuchawkę, a co dopiero we wciąż dla mnie obcym języku angielskim, za którym szczere nie przepadam, ale o tym... innym razem!



poniedziałek, 27 czerwca 2016

Do kosza!

Ostatnio mam fazę, że głównie zajmuję się kasowaniem tego, co napisałam kilka dni albo tygodni temu.

Dlaczego?

Powodów jest kilka...

Przede wszystkim usuwam posty, w których jedyne, co robię, to narzekam.

Czytam je sobie po kilku dniach i mam taki niesmak w ustach, że po trzech zdaniach wiem, że te bzdury nie mają prawa ujrzeć światła dziennego!

Do kosza!

Kolejne posty, które lądują gdzieś w cybernetycznej czasoprzestrzeni mojego tableta, są postami z cyklu: "jak z niczego stworzyć nowy wpis na blogu?"... takie posty zdarzają mi się raz na jakiś czas, gdzie głównym tematem jest brak tematu, a piszę je tylko dlatego, że mój wewnętrzny pisarz po prostu pisać musi, a że nie zawsze jest to jego dzień, to już tym się za specjalnie nie przejmuje.

Cóż... ale i tak go kocham, i cenię nad życie!

Tak trzymaj!

Trzecie w kolejności są posty o moim ciągłym braku współpracy ze sprzętem grającym.

Ile można czytać o tym, że mi kolejne radio nie chce działać albo wyłącza się w trakcie masażu ot tak po prostu.

O tych moich przygodach ze sprzętem i z zarysowaniem ukochanej płyty to ja bym książkę mogła napisać!

Dobrze, że świeczki nie podejmują prób kontaktu ze mną... to by była dopiero jazda!